Mają ostatnio wenę prawicowi dziennikarze, a to komuś objawi się Lech Kaczyński na szybie okiennej, o czym zaraz natchniona tym zdarzeniem publicystka doniesie na jakimś portalu społecznościowym, a to znowu poważni, jak sami o sobie mówią, dziennikarze niepokorni objawią światu prawdę o ks. Bonieckim, który zamiast modlić się pod figura, wiadomo kogo ma za skórą.

REKLAMA
Wreszcie inny publicysta ostrzeże na łamach wpływowego (i masowego - do niedawna - dziennika), że młodzi, liberalni księża Kościoła nie zbawią. Ponieważ autor nie tylko nie sprawdzał, o co ze zbawieniem chodzi, ale także pominął rubrykę z datami urodzenia, wiec wyszło, że w tym gronie załapało się kilku piećdziesięciolatków i jeden wspomniany już wyżej senior.
I byłoby tego z ostatnich dwóch dni na tyle, gdyby nie fakt, że to nie jakieś "wypadki przy pracy", ale dość regularnie stosowana przez część prawicowej prasy metoda. Wiadomo prawda czy nie, ale jak coś jest na papierze albo Twitterze, to już zostanie. W sumie, niech sobie piszą, jeśli ktoś te brednie chce czytać i jeszcze za to płacić, to w sumie jego sprawa.
Mnie jednak uderza coś innego: płytkość tych wyobrażeń i mniej lub bardziej urojonych "objawień". Objawia ona dużo więcej o autorach tych rewelacji i świecie, w którym żyją. Właściwie nawet dobrze się dzieje, że co jakiś czas o tym napiszą, pochwala się swoją wiedzą, przenikliwością i błyskotliwością niepokornego umysłu, co to lewakom i liberałom się nie kłania (chyba, że akurat u nich pracuje).
Cóż, jaka wiara, takie objawienia. Dlatego już dziś czekam na kolejne rewelacje.