Kiedyś, przed wielu laty (chyba 2001 r.) kard. Ratzinger wezwał amerykańskich biskupów do Watykanu w związku z aferą pedofilską w Kościele. Kiedy po kilku dniach biskupi amerykańscy szli na konferencje prasową do Sala Stampa, a każdy kto był w Rzymie wie, że to miejsce znajduje się kilkadziesiąt metrów zaledwie od Placu św. Piotra musieli przejść obok kilkudziesięciu wozów transmisyjnych mediów z całego świata. Ówczesny szef Episkopatu USA, czarnoskóry abp. Wynton Gregory, widząc to powiedział: nie wiem jak będzie wyglądał sąd ostateczny, ale medialny sąd ostateczny właśnie się zaczyna.
REKLAMA
Przypomniała mi się ta historia, której zresztą byłem świadkiem naocznym, patrząc na transmisje konferencji prasowej z siedziby polskiego Episkopatu. Oczywiście tu mamy ze strony mediów raczej zapalony jakiś ogarek niż ogień sądu ostatecznego ale nikt nie może mieć wątpliwości, że w Polsce i w polskim Kościele rzeczywiście coś się zaczyna w kwestii rozliczenia z najbardziej trudnymi i poważnie obciążającymi wspólnotę i instytucje Kościoła sprawami. A jak się okazuje, nie jest tak różowo jak do niedawna można było myśleć. Zresztą sam należałem do grona tych osób, które uważały, że problem pedofilii w polskim Kościele nie ma ani takiej skali jak np. w Irlandii, Niemczech czy USA a także sama praktyka dyscyplinarna polskiego Kościoła jest dość czytelna i opiera się na zasadzie „zero tolerancji”. Okazuje się, że jednak tak nie jest.
Ujawniona wczoraj przez TVN24 afera (słowa tego używam z pełna odpowiedzialnością) w diecezji warszawsko- praskiej pokazuje, że chęć krycia swoich nadal jest ważniejsza niż dobro nie tylko samych poszkodowanych ale nawet całej wspólnoty wiernych. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że władze kościelne są powiadomione przez właściwy sąd o wyroku skazującym konkretnego księdza za czyny pedofilskie (nawet jeśli nie jest prawomocny) a jednocześnie nic w tym zakresie nie robią. Ksiądz przez cały czas trwania procesu (mimo, że informacja o co jest oskarżany jest zwierzchnikom doskonale wiadoma) pracuje nadal w tej samej parafii i …o zgrozo! zajmuje się duszpasterstwem dzieci i młodzieży. Już tylko to powinno być powodem do zadania kanclerzowi kurii warszawsko - praskiej konkretnych pytań jak taka praktyka ma się do zaleceń Watykanu oraz praktyki „zero tolerancji” deklarowanej przez polski Episkopat. Ale tak się nie stało, nie tylko dlatego, że sam kanclerz ma dość osobliwy stosunek do mediów innych niż własny diecezjalny tygodnik „Idziemy” .
I dlatego teraz nikt nie może się dziwić, że teraz - mimo wykrętnego tłumaczenia ze strony urzędników kurialnych – najpoważniejsze zastrzeżenia i pytania będą kierowane do samego arcybiskupa Hosera. Trudno mi sobie wyobrazić, że biskup o całym przebiegu sprawy nic nie wiedział. Jeśli drobniejsze, w sensie konsekwencji i wagi, sprawy trafiają na biskupie biurka więc także i o tej historii z diecezji warszawsko- praskiej jej szef musiał zwyczajnie wiedzieć. I trudno mieć pretensje do mediów, że teraz będą zestawiać sankcje wobec ks. Lemańskiego z tolerancją wobec owego proboszcza z Tarchomina. Stało się to de facto na własne życzenia kościelnych instytucji.
