Rola mediów w ujawnieniu skandali pedofilskich w Kościele (ale nie tylko) jest nie do przecenienia. Często są to działania, które powodują uruchomienie dalszych kroków, tak w zakresie odpowiedzialności karnej jak i kościelnej. Niemniej, czytając i oglądając materiały z ostatnich najbardziej głośnych przypadków wydaje mi się, że media przekraczają (oby w sposób nieświadomy) kolejne granice – i dobijają ofiary pedofilów publikując szczegółowe zeznania, twarze i inne dane pozwalające zidentyfikować tych, którzy i tak już swoje wycierpieli.
Kazimierz Sowa zwrócił nam, ale mam nadzieję wszystkim dziennikarzom, na coś niezwykle istotnego. Na coś o czym niby wszyscy powinniśmy pamiętać, ale albo nie pamiętamy, albo wolimy nie pamiętać. Zawód który wykonujemy wiąże się ze szczególną odpowiedzialnością.
Oglądałem w poniedziałek wieczorem program "Tomasz Lis na żywo", w którym jeden z rozmówców występował z ukrytą twarzą. Pan Marek (jeśli dobrze zapamiętałem imię) był ofiarą księdza pedofila. Oglądałem program i myślałem o dużej odpowiedzialności operatora kamery. A gdyby się pomylił, gdyby jednak wyostrzył obraz, albo wrzucił przez pomyłkę obraz z takiej kamery, która pokazałaby twarz ofiary molestowania? Zobaczyłaby cała Polska. To mogłoby pana Marka zniszczyć.
Dziennikarze są takimi operatorami pokazującymi świat. Czasem kamerą, czasem swoim tekstem, czasem dźwiękiem. Różne są narzędzia w tym zawodzie. Ale odpowiedzialność ta sama. Ktoś powierza nam swoją historię, a więc powierza nam siebie. Musimy opowiadać historię tak, by naszemu bohaterowi nie stała się krzywda. To nie zawsze jest możliwe. Nie raz i nie dwa robiłem użytek z usłyszanych na przykład w Sejmie historii, które w zamierzeniu opowiadających nie miały wyjść na jaw. W polityce każdy jednak zdaje sobie sprawę, że jak rozmawiasz z dziennikarzem, to może boleć.
Pedofilia w Kościele stała się tematem głośnym. W serwisie Wykop znalazłem ostatnio ironiczną grafikę. Ktoś przerobił główną stronę gazeta.pl, by pokazać, że w ciągu tygodnia tekstów o księżach pedofilach było tyle, że starczyłoby na całą stronę główną. I co to udowadnia? Że pisze się za dużo? Moim zdaniem nie.
Przez lata nie pisało się wcale, lokalne media nie były zainteresowane podjęciem tematu, Episkopat, biskupi lekceważyli zgłoszenia. Teraz to się zmieniło. Historii z przeszłości będzie dużo. Nie będę bronił żadnego księdza pedofila, żadnego księdza gwałciciela, ale uważam, że standardy w tym bardzo trudnym temacie muszą obowiązywać.
Wczoraj publikowaliśmy historię molestowania przysłaną przez czytelniczkę naTemat. Czytelniczka zgodziła się, podać swoje imię i nazwisko. Ja zdecydowałem, że musimy ukryć wszystkie twarze dzieci (choć działo się to bardzo dawno temu), że musimy ukryć twarz oskarżonego księdza, że musimy ukryć jego nazwisko. Nie dlatego, że bronimy księdza, nie dlatego że go chronimy. Dlatego, że jednak obowiązuje domniemanie niewinności.
Sto razy bardziej musimy uważać na ofiary. Znam ten dreszcz dziennikarski, gdy trafia się na ciekawą historię. I wiem, jak trudno jest się mu oprzeć. Ten zawód polega jednak nie tylko na pisaniu. Czasem polega na niepisaniu. Czasem (uwierzcie mi, jest to strasznie trudne) polega na poczekaniu z "gorącą" historią, która wiadomo, że będzie "żreć". Inaczej dziennikarstwo stanie się jak czołg, który w drodze do celu rozjeżdża wszystko na swojej drodze. Ta strategia jest skuteczna tylko do pewnego momentu. W pewnym momencie bowiem już nikt z załogą czołgu nie będzie chciał rozmawiać.
A dziennikarstwo bez rozmowy z ludźmi nie istnieje.

