Dziś Wielki Czwartek. Dzień, w którym Kościół w sposób szczególny myśli o momencie ustanowienia sakramentów eucharystii i kapłaństwa. Może to dobry moment, żeby popatrzeć na księży trochę inaczej. Nie przez pryzmat personaliów czy jakichś wydarzeń, ale bardziej ogólnie. Wiem, truizmem jest tytułowe stwierdzenie. Ale wierzcie mi, jesteśmy tacy sami jak reszta społeczeństwa, bo przecież pochodzimy z takich samych rodzin z jakich wywodzą się mechanicy, księgowi, politycy czy każdy inny.

REKLAMA
Dlatego też zostajemy księżmi często z tymi samymi przyzwyczajeniami, wadami ale i zaletami co inni. Może kłopot polega jedynie na tym, że przeciętny ksiądz jest bardziej na świeczniku niż np. prawnik, lekarz czy nauczyciel, ale akurat o to nikt z nas nie może mieć pretensji. Bo jeśli ksiądz uwielbia chować się pod przysłowiowym korcem to szkoda, że zawraca sobie i innym głowę tym co ma do powiedzenia. Generalnie większość problemów pojawia się wtedy kiedy okazuje się, że ksiądz nie lubi ludzi, a to w konsekwencji znaczy, że minął się z powołaniem.
Wiem, że większość chciałaby mieć w swojej parafii o. Mateusza, serialowego księdza z „Plebanii” albo przynajmniej jowialnego proboszcza z „Rancza”. Są przecież tacy fajni, zabawni, dobroduszni. Nikogo nie skrzywdzą, nie przyganią zawsze maja czas. Nie trują za dużo, dlatego kochają ich dobrzy parafianie lub nie lubią ci gorsi. Ale ksiądz, zwłaszcza ten pracujący w duszpasterstwie na parafii musi po części być „urzędnikiem Pana Boga” (nieszczęście jeśli zostaje tylko ‘urzędnikiem”), po trochu liderem lokalnej społeczności i przede wszystkim opiekunem duchowym. Właśnie sfera ducha jest tym, nad czym każdy ksiądz musi się wielokrotnie zastanawiać i w czym realizować. I z tego rozliczajmy/rozliczajcie swoich księży!
Błędem jest mierzenie każdego księdza jakąś jedna miara lub zestawianie z innymi „kolegami po fachu”. Dostaję regularnie listy (najczęściej anonimowe lub „do wiadomości”) i maile, w których dowiaduję się jak wielkim jestem szkodnikiem Kościoła, bo nie jestem „jak o. Dyrektor albo Ks. Isakowicz”. Czasem krytycy, którzy korzystają z internetu lubią odnieść się do mojej medialnej aktywności i prezentowanym tam poglądów, ale zamiast dyskutować z treściami, pod którymi się podpisuję najczęściej komentują fakt, że nawet przy artykule mam zdjęcie „na cywila”, więc na pewno się Kościoła i kapłaństwa wstydzę lub co najmniej od niego dystansuje. Jeśli mogę dotrzeć do nadawcy wyjaśniam swoje stanowisko, dlaczego tak piszę i myślę. Zwykle emocje wyciszają się i nawet najwięksi krytycy „mojej linii” zauważają czasem coś pozytywnego.
Z drugiej strony są i tacy, którzy głośno protestując przeciwko zakazowi występowania w mediach jaki spotkał ks. Bonieckiego najchętniej przyjęliby identyczne sankcje dla nie lubianych przez siebie księży i biskupów i na dodatek jeszcze podejrzewają mnie, że wieczorami śnię o tym samym, ale boje się o tym otwarcie powiedzieć. Tymczasem czeka ich rozczarowanie: nie widzę powodu, żeby zabraniać komukolwiek, także w sutannie, korzystania z prawa nawet do mówienia, także oczywistych bzdur. Odwaga czasem kosztuje, ale lepiej dostać po uszach niż być tchórzem, ostatecznie decydujący werdykt kto miał racje i tak jest w ręku Pana Boga a nie żadnego człowieka. Ksiądz nie może bać się krytyki, bo tym samym przekreśliłby swoje powołanie. Ale nie można się dziwić, że najbardziej nas księży dotyka uogólnianie jednostkowych grzechów i słabości oraz przenoszenie odpowiedzialności na wszystkich. To tak jakby przyłapanie policjanta na jeździe po pijanemu miało oznaczać, że na każdym komisariacie „tankują” a polityka na łapówce, że wszyscy „wybrańcy narodu” są nieuczciwi. Jak mi się wydaje, takie oczekiwania nie są chyba zbyt wygórowane.