W zeszłym tygodniu Prezydent Bronisław Komorowski napisał list skierowany do społeczności Krzemowej Doliny, który zachęca zarówno tutejszych, jak i polskich przedsiębiorców, do współpracy i budowania mostów między regionami.
REKLAMA
List wzbudził rozmaite reakcje w polskiej branży, od pochwał, jak "Dobry risercz!" do wyrazów zażenowania w rodzaju "To jest bardzo nie tak", "List Prezydenta jest wyrazem nierozumienia i naruszenia kodeksu dyplomatycznego", czy "Byleby do zagranicznej prasy się nie dostało".
Treść listu dostępna tutaj.
Dave McClure, założyciel 500 startups, skomentował list w ten sposób: "Wow, this is pretty amazing... guess I better get to Poland soon!" Dla kogoś pokroju McClure'a, kto na codzień pracuje w największej możliwej izolacji od polityków i urzędników, dostrzeżenie jego działalności przez prezydenta kraju wielkości Kalifornii, jest zwyczajnie czymś sympatycznym.
Pełne zażenowania i wstydu reakcje Polaków smucą mnie najbardziej. Mówiąc o sobie - nawet do innych Polaków! - per "my z tego kraju białych niedźwiedzi", wstydząc się tego, że nasi urzędnicy przyjeżdżają w delegacje do Doliny w garniturach, czy nawet zaczynając mejle od "I'm an entrepreneur from Poland..." (jak gdyby to była najistotniejsza informacja), tak naprawdę sami na siebie nakładamy ograniczający nas stereotyp. Myślimy, że inni też patrzą na nas przez jakiś nieprzychylny pryzmat, podczas gdy znakomita większość - oprócz być może tych z naszego własnego, polskiego kręgu, - nie ma absolutnie żadnych uprzedzeń na nasz temat.
Ci, którzy żyją w przekonaniu, że w Krzemowej Dolinie przedsiębiorcy śmieją się z polskich delegacji w krawatach, muszą uświadomić sobie, że mnóstwo innych państw wysyła do Doliny swoje rządowe delgacje w krawatach. Krawaty naszych urzędników nie różnią się niczym od krawatów Szwedów, Szwajcarów, czy Koreańczyków, które gościliśmy wiele razy choćby w Blackboksie. Podział w tym kontekście nie przebiega na linii Polska vs reszta świata, tylko na linii startupy i przedsiębiorcy vs administracja publiczna.
Startupy to zupełnie inny świat niż urzędy, dyplomacja, korporacje i nie jest w nim w ogóle istotne to, kto skąd jest, jak się ubiera, z jakim mówi akcentem. Ponad 43% startupów w Dolinie ma co najmniej jednego współzałożyciela-imigranta. Narodowość czy kraj pochodzenia nie ma żadnego znaczenia - ważne jest to, czy mówisz po angielsku, czy szanujesz inne kultury i sposoby bycia, czy jesteś w stanie zmienić świat choć w małym stopniu na lepsze: np. zbudować firmę, która da zatrudnienie kilkunastu osobom; swtorzyć narzędzie, które ułatwi tysiącom ludzi życie; podzielić się z kimś swoja wiedzą i pomóc mu odnieść sukces.
Jestem raczej mało entuzjastyczna wobec różnorakich "państwowych" inicjatyw mających na celu łączenie ekosystemu Krzemowej Doliny z biznesem w danym kraju. Tego typu przedsięwzięcia, wspierane przez ministerstwa i rozmaite agencje innowacji europejskich państw w znakomitej większości zarządzane są przez urzędników, którzy z kolei słabo rozumieją wyzwania i problemy startupów. W przeciwieństwie do przedsiębiorców, urzędnicy funkcjonują w rozbudowanych strukturach zarządzania i odpowiedzialności, z pewnymi źródłami finansowania, w długich cyklach budżetowych, i ze stałą pensją.
Inny problem związany z państwowymi "ambasadami innowacji" to, kolokwialnie mówiąc, duszenie przedsiębiorców we własnym sosie wzajemnych uprzedzeń i stereotypów.
Cała magia Krzemowej Doliny polega na głębokiej dywersyfikacji kulturowej w lokalnej społeczności: im mniej osób w grupie mówi w tym samym języku ojczystym, tym mniej barier, tym większy przepływ wiedzy i doświadczeń, tym więcej zaufania. Obcokrajowy odwiedzający Krzemową Dolinę czerpią dużo więcej wartości z rozmów z przedsiębiorcami z innych krajów, niż z siedzenia z rodakami w "swojskich coworkach" (przestrzeniach biurowych zorganizowanych specjalnie dla przedsiębiorców z jednego kraju).
Zamiast skupiać się na budowaniu mostów między Doliną a poszczególnymi krajami, budujmy mosty między innowatorami i przedsiębiorcami, a światem administracji publicznej, która redystrybuuje środki finansowe pośród przedsiębiorców i ustanawia prawo. W większości przypadków głównym problemem na styku obu społeczności jest brak wzajemnego zaufania jednych wobec drugich.
Budowanie mostów w tym kontekście to tworzenie relacji wzajemnego zaufania między przedsiębiorcami i urzędnikami. Nie da się ich tworzyć odgórnie, ani przez ustanawianie "rządowych przedstawicielstw". Zaufanie tworzy się przez wspólną pracę i wspólne doświadczanie swoich codziennych wyzwań. Dlatego im więcej urzędników odpowiedzialnych za stanowienie przyjaznego biznesowi prawa i programy rozwoju przedsiębiorczości przyjeżdża do Doliny i nieformalnie spotyka się ze startupami tu na miejscu, tym więcej zaufania i partnerstwa pomiędzy dwoma światami.
Jestem dumna z Prezydenta, bo jego list dowodzi, że ma wokół siebie ludzi, którzy wiedzą mniej więcej, co się dzieje w społeczności startupów zarówno w Dolinie, jak i w Polsce. Świadczy o tym sam dobór adresatów (Dave McClure, Paul Graham, Michael Arrington), czy nazwy polskich inicjatyw i firm, które wymienione zostały w liście.
Chciałabym być także dumna z tego, że sam Prezydent lepiej rozumie świat przedsiębiorczości i innowacji. Panie Prezydencie, zapraszam do Krzemowej Doliny!
