O autorze
Z urodzenia Zagłębianka, zakochana w Dolnym Śląsku. Marzyłam, by zostać baletnicą, zostałam ginekologiem.Dwukrotna laureatka przyznanego w głosowaniu pacjentek tytułu „Lekarz przyjacielem kobiety” przez czasopismo „Twój Styl”. Działam w Międzynarodowym Forum Kobiet przy Szkole Głównej Handlowej. Jestem współwłaścicielką Prywatnej Specjalistycznej Przychodni Lekarskiej oraz Radia Sudety.W 2011 roku uzyskałam mandat poselski z ramienia Ruchu Palikota, od czerwca 2013 posłanka niezależna, współzałożycielka Koła Poselskiego Inicjatywa Dialogu. Od grudnia 2013 - członek Klubu Parlamentarnego PSL. Wiceprzewodniczę sejmowej Komisji Zdrowia.Pozostaję od wielu lat w związku z tym samym mężczyzną. Wielbicielka i właścicielka jamników.Razem z mężem wychowaliśmy dwoje cudownych dzieci. Każdego dnia cieszymy się z gromadki naszych wnucząt. Jestem z nich wszystkich dumna i zarazem pewna, że One także będą dumne ze mnie.

O niepłodności (bez) polityki

Dzisiejszy wpis chciałam zacząć nieco inaczej niż zazwyczaj. Podbudowana Państwa komentarzami pod wpisem na temat in vitro, chciałam wyrazić wdzięczność za Państwa zdolność do prowadzenia merytorycznego sporu. Z kolei komentarze pod moim ostatnim wpisem miały radykalnie odmienny charakter. Najwyraźniej, wszelkie uwagi ad personam wywołują silne emocje. I moje, i Państwa. Powróćmy więc do zagadnień niemal wyłącznie medycznych...


W ciągu ostatnich kilku tygodni temat in vitro całkowicie zdominował życie polityczne. Szkoda, że głównymi dyskutantami byli ideolodzy, a nie fachowcy. Żaden z nich nie zwrócił uwagi na fakt, że metoda in vitro jest jedynym sposobem leczenia niepłodności w przypadku maksimum dwóch procent niepłodnych par. Dwóch procent! Pozostałych 98% można skutecznie leczyć innymi metodami.


Pomimo to, dyskusja o zjawisku niepłodności w Polsce sprowadzona została do polityczno-światopoglądowego sporu o in vitro. Szkoda tym większa, że upolitycznienie zdrowia jest działaniem na szkodę pacjentów, a pierwszym zobowiązaniem nas, lekarzy (polityków najwyraźniej nie) jest „nie szkodzić”.


Jak zatem traktować zjawisko niepłodności?

Po pierwsze, niezbędna jest standaryzacja postępowania diagnostycznego oraz procedury leczenia. Jedynie w ten sposób można określić genezę niepłodności i podjąć decyzję o najlepszych sposobach leczenia. W wielu przypadkach skuteczna będzie stymulacja owulacji, unasienianie lub udrażnianie jajowodów. Czasami konieczna może być ingerencja chirurgiczna lub zabieg in vitro. W tym miejscu drobny komentarz do uwag pana Piechy – forsowana przez PiS naprotechnologia nie jest alternatywą dla in vitro. W przypadku wspomnianych dwóch procent par nie ma alternatywy dla in vitro! A jeśli lekarz odmawia pacjentom dostępu do jedynej możliwej metody leczenia, stawia pod znakiem zapytania własne powołanie lekarskie.


Po drugie, konieczna jest refundacja leków stosowanych w leczeniu niepłodności. Mamy tu bowiem do czynienia z chorobą cywilizacyjną, a w przypadku tak poważnych chorób nie możemy pozwolić sobie na oszczędności!

Kolejnym zagadnieniem w ramach aspektu medycznego jest kontrola klinik leczenia niepłodności, o czym wspominałam już na konferencji sejmowej 27 czerwca 2012. Wprowadzenie systemu licencjonowania ich pracy zagwarantuje rzetelną diagnostykę oraz ograniczy stosowanie in vitro jedynie do tych przypadków, gdy jest to absolutnie konieczne.

Aspekt medyczny nie wyczerpuje naszego rozumienia niepłodności.

Studiując założenia polityki prorodzinnej obecnego rządu nie natknęłam się na choćby jedną wzmiankę o leczeniu par niepłodnych. Dlaczego? A może pomóc im chociażby w taki sposób, by możliwe było odpisanie kosztów leczenia od podatku? Dlaczego nie uruchomiono programów profilaktycznych na kształt Narodowego Programu Zwalczania Raka Szyjki Macicy lub Ochrony Zdrowia Psychicznego? Niepłodność jest zjawiskiem o niespotykanej skali i trudnych do wyobrażenia konsekwencjach. Nasze społeczeństwo wymiera...

Co i raz słyszymy o czekającej nas zapaści demograficznej i katastrofie systemu emerytalnego. A jednak politycy – analizując te zjawiska – zdają się zapominać
o niepłodności, która dotknęła 20% par! Te 20% to 3 miliony par! To minimum 3 miliony nowych obywateli!

Jeśli dobrze rozumiem rządzących z PO oraz ich oponentów z PiS i Solidarnej Polski, w interesie Państwa polskiego leży podtrzymanie sporu o definicję zarodka kosztem minimum trzech milionów istnień. Moje rozumienie interesu narodowego jest zgoła inne.

Tym właśnie zagadnieniom poświęciłam ostatnią konferencję prasową w Sejmie.
A Państwa – jak zwykle – zapraszam do wypowiedzi i dyskusji.

HSR