Myśląc o reformach szkolnictwa zauważałem, po części z obserwacji zmian, po części kierując się intuicją, oraz tym co inni mówią, że wszelka standaryzacja wyników jest równaniem w dół. Wiele się o tym pisze, trudno jednak było zdobyć "papiery" na przestępcę, rujnującego poziom edukacji. Teraz mam dowód.
REKLAMA
Znalazłem go w tekście Piotra Nowaka. Autor cytuje skrypt dla szkół wyższych napisany przez Andrzeja Kraśniewskiego pt. „Jak przygotować programy kształcenia zgodnie z wymaganiami wynikającymi z Krajowych Ram Kwalifikacji dla Szkolnictwa Wyższego". Tekst jest przeznaczony dla nauczycieli akademickich, wskazujący jak uczyć wedle nowego modelu: „Definiowane przez uczelnię efekty kształcenia nie powinny odzwierciedlać oczekiwań i ambicji kadry, lecz realne możliwości osiągnięcia tych efektów przez najsłabszego [podkr. autora skryptu] studenta, który (...) powinien uzyskać dyplom poświadczający uzyskanie kwalifikacji pierwszego lub drugiego stopnia".
To oznacza, że wszyscy, jak się trochę pouczą, choćby przedmiot przerastał ich możliwości, muszą zdać. Deklaracje twórców tych szkodliwych na dziesięciolecia reform dla stanu polskiego ducha, że nie jest to zaniżanie poziomu są puste. Nie można bardziej wprost zdefiniować istoty równania w dół. Równanie w górę, podciąganie poziomu (rzecz dotyczy oczywiście najpierw edukacji w szkole średniej) to tworzenie programu, którego najsłabsi nie mogą spełnić, choćby się starali. Pomysł, że każdy musi mieć maturę, albo tytuł magistra jest z piekła rodem. Proszę sobie wyobrazić szkółkę piłkarską, tenisową, albo kurs na prawo jazdy, który układa się tak, żeby najsłabsi mogli przebrnąć przez egzaminy. Wyobraźmy sobie poziom nauczania angielskiego, który jest dostosowany do totalnych językowych beztalenci (?).
Jeśli na studia mogą się dostać wszyscy, i każdy może je zdać, jeśli się trochę pouczy, to nie jest równanie w dół, to co jest równaniem w dół? Jeśli wykluczy się selekcję najlepszych - osiągamy dno. Maturzysta wie, że się dostanie na jakieś studia, wykładowca wie, że musi się dostać, i że musi zdać. Tym bardziej, że pieniądze idą za studentem. A więc im więcej indeksów, choćby wystawianych małpom i chrząszczom, tym lepiej. I bynajmniej nie dotyczy to wyłącznie szkół prywatnych, których poziom nie zawsze jest taki zły, jak się przyjęło w powszechnej opinii.
Bicie na alarm nic nie pomoże, zbyt wielu już o tym pisało, i nic sobie z tego nie robią odpowiedni ministrowie. A pewnie premier Tusk, podobnie jak w odniesieniu do wielu rzeczy, które dzieją się w jego rządzie, najzwyczajniej się nie orientuje. Nie przeczyta choćby ostatniego tekstu wybitnego fizyka ks. Hellera w Tygodniku Powszechnym "Smierć uniwersytetów".
Otumanianie narodu, przyzwolenie na bylejakość, lekceważenie tych, którzy oczekują wysokiego poziomu, i gotowi są poświęcić się pracy, demoralizacja kadry wykładowców, którzy wiedzą już, że nie po to jest uczelnia, żeby się ludzie czegoś dobrze nauczyli. Takiego horroru to by Stalin, kochający specjalnie Polskę, nie wymyślił. Mieliśmy zaborców, mieliśmy niemieckiego okupanta, a teraz mamy polskie ministerstwa dumnej III RP. Ministerstwa równania w dół, cudownego rozmnożenia matur, i dyplomów.
