Są biskupi i biskupi. Zwłaszcza gdy spojrzeć za naszą zachodnią granicę.
REKLAMA
Polityka nominacji za czasów JPII nastawiona była na konserwatywnych i lojalnych, nie podejrzanych w żaden sposób o jakąkolwiek lewicowość, liberalność, czy prospołeczne nastawienie. Wiele jednak zależy od materiału ludzkiego. Kadry i jeszcze raz kadry!
W naszym kraju lojalni i konserwatywni to praktycznie sto procent populacji duchownych i świeckich katolików. Ganiony w swoim czasie za liberalizm Józef Tischner był tradycjonalistycznym konserwatystą, tyle że z ludzką twarzą, uśmiechniętym, dowcipkującym, zdolnym do żartu także z własnej grupy zawodowej, uprawiającym myśl "rozumiejącą", to znaczy, mówiący ludzkim językiem, a nie żargonem prawno-dyscyplinarnym. Był Tischner miłym, i pewnie można tak powiedzieć, mądrym człowiekiem. Za to był wyzywany od liberałów i zdrajców, bo kolegował się nie z tymi co potrzeba. Z Michnikiem i Zakowskim zrobił książkę itp.
Takich ludzkich ludzi w polskich biskupich zastępach, poza kilkoma miłymi wyjątkami, trudno jest wypatrzyć. Ci najgłośniejsi sprawiają wrażenie ludzi niepoważnych, mówiących głupstwa o rządzących w kraju masonach, o spiskach na Radio, o prześladowaniu katolików, popierający marsze faszyzujących narodowców, o mentalności pełnej podejrzeń, języku pełnym insynuacji. Kadry są w stanie pożałowania godnym. Jak sięgam pamięcią jeszcze nigdy nie było tak źle. Józef Glemp, mówiący o szczekających kundelkach, wydaje się dziś wyrafinowanym dżentelmenem. On był miłym, nieagresywnym, prostodusznym, mającym oczywiście swoje ograniczenia, księdzem. Nie mówiąc o postaciach tak poważnych jak kard. Wyszyński i wielu biskupów z jego epoki. Oni byli poważni, to znaczy, że można było się z nimi zgodzić, lub nie zgodzić. Ze mieli wyraźną wizję i że ją potrafili artykułować, dobierać argumenty. Można więc było się nie zgodzić. Dziś nie ma z czym się zgodzić lub nie zgodzić, gdy chodzi o dominujący episkopalny ton. Brednie o katastrofie smoleńskiej, o spiskach, o niszczeniu Kościoła, histeryczny ton w duchu najazdu sił zła na królestwo dobra. Debata wymaga minimum poziomu ludzkiego, pewnej cywilizacyjnej umiejętności, która wydaje się zanikać, co paralelnie obok kleru dotyczy przede wszystkim kasty politycznej.
Wszystko to piszę, by przedstawić pewne moje zaskoczenie, na zasadzie kontrastu, kiedy słuchałem wypowiedzi rzecznika episkopatu francuskiego, po opublikowaniu przez ten episkopat listu w kwestii małżeństw homoseksualnych (taką ustawę chce wprowadzić francuski parlament). Oczywiście, duchowny katolicki jest przeciwko, oczywiście przeciwko jest cały episkopat. Ale sposób, w jaki o tym mówi, jest zaskakujący. A więc wyjaśnia, że każdy ma swoje własne poglądy, i on to szanuje, uznaje za oczywiste. No ale biskupi mają taki pogląd, i nie ma powodu, żeby tego nie wypowiedzieć publicznie, skoro publiczna wypowiedź w demokratycznym kraju jest raczej zaletą, a nie wadą itd. itp. w tym duchu. Kulturalna wypowiedź, żadnego szczucia na kogokolwiek, wymachiwania kikutem cywilizacji śmierci, zepsucia, zboczeń itp.
A później jeszcze kazanie w małej francuskiej wiosce. Proboszcz poruszony mówi, że oczywiście rzeczą najgorszą jest homofobia, niechęć do homoseksualistów. Jest sprzeczna z przykazaniem miłości, niechrześcijańska itd. itp. Ale małżeństwa homoseksualne to nie. Oczywiście geje mają swoją ustawę o związkach partnerskich, i dobrze, że ją mają, jak trzeba tam coś poprawić, to proszę bardzo, mówi ksiądz francuski na kazaniu. Tylko żeby nie małżeństwa (chodziło mu zwłaszcza o zwykłe wtedy prawo do adopcji dzieci).
Nie będzie niczym zaskakującym stwierdzenie, że kler francuski w swej większości umie znaleźć się w państwie demokratycznym. Wie więc, że nie jest sam na ziemi, i że bynajmniej ich opinii nie muszą być posłuszni wszyscy. Ze swoją opinią się dzielą, ale nie sądzą, że należy im się posłuszeństwo. Są bowiem jedną z wielu grup społecznych. A wartość ich przekonań zależy od wartości ich argumentacji (tak wyglądałoby to w pewnej idealizacji, która bynajmniej nie oznacza fikcyjności, raczej jest wyznawanym, deklarowanym, pożądanym systemem biskupich wartości). Zaznaczam raz jeszcze, to wszystko są wypowiedzi biskupów konserwatywnych, tradycjonalistycznych w duchu Benedykta XVI, tomistów, zakochanych w liturgii itp.
Dlaczego biskupi francuscy są przeciwko małżeństwom homoseksualnym? Znam tylko fragmenty ich argumentacji, przedstawionej przez rzecznika, nie czytałem listu, pewnie nie przeczytam. Mam inne rzeczy do czytania (może ktoś by przeczytał i coś na ten temat powiedział?). Argument o adopcji dzieci jest, jak wynika z relacji mediów, argumentem istotnym. Pomimo niepełnej znajomości argumentacji francuskich biskupów (trudno znać wszystkie wypowiedzi w tej materii), sam skłaniam się ku argumentacji sformułowanej niedawno przez Baraka Obamę, który zmienił zdanie, i ze zwolennika związków partnerskich, przeszedł na pozycję zwolennika małżeństw homoseksualnych. Mówił on, że równość praw domaga się, by ludzie mieli prawo do takich małżeństw. I ten argument mnie przekonuje. Nie można tworzyć kategorii ludzi o ograniczonych prawach, kategorii podludzi, którym nie daje się praw takich, jakie mają wszyscy. W imię równości praw należy się domagać wprowadzenia w Polsce małżeństw homoseksualnych. Równość wobec prawa jest prawem niezbywalnym, nie można się go zrzec, nie może go zabrać parlament, bo działa wtedy przeciwko prawom nadrzędnym: prawom człowieka (na marginesie wątpię czy taką argumentację przyjęliby polscy konstytucjonaliści, także zdominowani przez konserwatywne polityczne poglądy). Są jednak konserwatyści popierający prawo do małżeństw homoseksualnych, choćby ci, brytyjscy, reprezentowani przez Camerona. Także konserwatyzm nie jedno ma więc imię.
Na zakończenie uwaga strategiczna. W Polsce cichym głosem płynie apel-żądanie, by wprowadzić prawo o związkach partnerskich. I nic z tego pewnie nie wyniknie. I to błąd strategiczny środowisk liberalnych. Trzeba się domagać pełni praw, argumentować argumentami z poziomu wartości najwyższych demokratycznego państwa, jakimi są równość praw wszystkich, brak grup prawnie uprzywilejowanych, walka o prawa grup upośledzonych. Być może ta walka o pełnię praw da w przyszłości choćby ochłap w postaci prawa o związkach partnerskich. Jeśli oczywiście jaśniepaństwo, panowie ludzkiego życia, dyktatorzy tego co i jak należy robić, zamieszkujący najwyższy nośnik najwyższych wartości - Platformę Obywatelską, kiedyś w swej wspaniałomyślności na to pozwolą. Brrr.
