Pod ostatnim moim wpisem o nie narodzeniu się Jezusa w Betlejem rozgorzała dyskusja. Ks. Sowa pisze, że bredzę: "Tadeusz ma prawo bredzic, rowniez w formie popularnonaukowe, ale kiedy to robi w zlej wierze, dotykajac swoimi teoriami ludzi siadajacymi do Wigili ktos musi mu powiedziec: daj spokoj, wyluzuj. Ksiądz Mądel z kolei zwraca uwagę: "Bzdury Bartosia z Pułtuska są możliwe tylko w Pułtusku".

REKLAMA
Księża mnie nie lubią, bardzo mnie nie lubią, podejrzewają o rozmaite złe intencje, są w tym bardzo poważni, śmiertelnie zdenerwowani. Ksiądz Sowa dziękuje serdecznie ks. Mądelowi: . Dzieki, ze robisz to w swoj spokojny i wywazony spisob. Ja po obejrzeniu materialu w tvn i przeczytaniu wpisu na blogu mialem mu do przekazania troche mniej uczone i wywazone opinie....". Trochę lizusowskie, trochę grupa wsparcia, lekko skrywana nieskrywana agresja, uderza satysfakcja z własnych wypowiedzi wprost proporcjonalna do braku przedstawianych argumentów.
Rzeczywiście propozycja, żeby mniej się spinać przy takich dyskusjach jest słuszna. Ksiądz Sowa broni nietykalności wigilijnego stołu, żeby broń Boże nikt nie pomyślał, że to jednak nie w Betlejem. Charakterystyczna protekcjonalność, lepiej, żeby ludzie nie wiedzieli, bo karp zwiędnie, kapusta skiśnie, zupa stęchnie.
Przykra sprawa, ale wypada powtórzyć. Zgodnie z wynikami badań przygniatającej większości specjalistów JEZUS NIE URODZIŁ SIE W BETLEJEM. Sorry, nic na to nie poradzę, nie moja wina, proszę się ode mnie odczepić. Cała dyskusja pod moim tekstem jest tego dowodem, zwracam uwagę na wpisy ludzi zajmujących się systematycznie (zawodowo?) tą tematyką, Izabeli Jurasz, także Dariusza Kota (Kot pisze o Jezusie historycznym namiętnie w różnych miejscach, na przykład także tutaj w Gazecie).
Nie chcę powtarzać ich argumentacji, a jest kompetentna, broni tezy uznanej w środowisku naukowym od lat, uznanej za oczywistość. Stąd zastanawiające jest coś innego, ów upór, wściekłość polemistów. Nie wiem czy to o moją skromną osobę chodzi? Może, gdyby napisał to jakiś bardziej szlachetny (nie z Pułtuska) osobnik, wtedy rzecz byłaby dla księży bardziej do strawienia? Może, gdyby napisał to papież, księża stanęliby w obronie niehistoryczności Betlejem.
Istnieje taka prawda psychologiczna, że im bardziej ktoś się miota, tym bardziej jest niepewny swego. Warto o tym pomyśleć. Najbardziej nienawidzą mnie duchowni mający najwięcej wątpliwości, których by mieć nie chcieli, pracują nad tym, żeby nie mieć, i wychodzi im średnio. Są też tacy, którzy nie rozumieją słowa "wątpliwości", a widzą we mnie burzyciela, i niszczyciela ogarniętego pasją zniszczenia Kościoła. Ja tymczasem, od czasu do czasu, przypominam sobie coś, co gdzieś czytałem, słyszałem, wrzucam myśl do internetu, daję wywiad (jak ten do Krytyki Politycznej), nie przywiązując się specjalnie do własnych myśli (z łatwością pod wpływem dobrych argumentów je zmieniam), proponując pewne spojrzenie, w ramach ogólnoludzkiej wymiany myśli, opinii, poglądów. Nawet nie mogę powiedzieć, że tekst o Betlejem był prowokacją, bo on wyłącznie zwraca uwagę na stan badań historycznych, którego w Polsce nie chcą przyjąć do wiadomości najbardziej "światli" duchowni.
To jest rzecz szokująca, to jest warte rozważenia, dlaczego taka wrogość wobec uznanych wyników badań. Dlaczego usiłują mnie zakneblować chrześcijańskim bluzgiem nasze katolickie elity: przypominam "Bartoś bredzi", "myśliciel z Pułtuska" (swoją drogą wzywam wszystkich Pułtuszczan do protestów przeciwko niedobremu jezuicie, ubliżającemu temu sympatycznemu ośrodkowi życia kulturalnego, sportowego itd.). Właśnie między innymi z powodu takiej atmosfery wokół mnie i moich wypowiedzi zwinąłem się z macierzystej organizacji, bo stworzono psychiczną presję, która była nie do zniesienia. Teraz, gdy słyszę takie połajanki, uśmiecham się pod nosem i myślę sobie, za późno, zerwał się kundel z łańcucha i już was nie słucha.
Ten mechanizm dyscyplinowania - już na poważnie - działa jak automat w zamkniętych autorytarnych grupach. Księża znowu się zdenerwują, ale niestety muszę to napisać, bo od młodego uczyli mnie, że hasłem mego życia ma być veritas! Tymczasem nie ma veritasu bez mówienia, co się myśli. A więc, reakcja "bredzi" nie powinna mieć miejsca nigdy w odniesieniu do bliźniego swego. Nie chodzi przy tym o to, że to brzydkie, niech sobie będą bardziej jeszcze brzydkie rzeczy, chodzi o sytuacje, kiedy działa ona w funkcji dyscyplinowania. Sowa pisze "bredzi", ale przecież to odnosi się mniej do mnie, bo on mnie nie zdyscyplinuje, choć bardzo jest poirytowany i traktuje mnie jakbym był dalej członkiem jego kompanii. "Bredzi" dotyczy wszystkich innych członków, którzy słysząc to nawet nie pomyślą, żeby pomyśleć coś tak horrendalnego, jak wypisuje Bartoś. To dyscyplinowanie własnych grup prowadzi do izolacji, sekciarstwa itp. Piszę od tym w drugiej części wywiadu dla Krytyki Politycznej. Tam są jeszcze "gorsze" rzeczy, aniżeli Betlejem, czy dziewictwo Maryi, którego też nie było, chyba, że porodziła dziewiczo także braci Jezusa (tu kolejna puszka z pandorą się otwiera - wzywam więc już teraz na ratunek specjalistów historyków). Problem jest z kondycją nowożytnego katolicyzmu, który dał się zapędzić w kozi róg przez walkę z modernizacją. Tę walkę próbował przerwać ostatni sobór, ale się nie udało. Tamte idee także zakrzyczano, ludzi pozwalniano itd. (już nie będę powtarzał tego, co powiedziałem w wywiadzie dla Krytyki). Zapraszam do lektury - bynajmniej moje uwagi nie są wcale takie głupie, jakby to wynikało z pogardliwego tonu nerwowych wypowiedzi naszych kochanych duchownych.