O autorze
Tadeusz Bartoś. Filozof, publicysta, wykładowca uniwersytecki. Ukończył Kolegium Filozoficzno-Teologiczne Dominikanów w Krakowie. Obronił pracę doktorską na wydziale filozofii i socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Otrzymał stopień doktora habilitowanego w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Jest dyrektorem programowym Warszawskiego Studium Filozofii i Teologii. Publikuje w głównych polskich gazetach. Jest autorem wielu publikacji filozoficznych i teologicznych, w tym między innymi: Jan Paweł II. Analiza krytyczna. W poszukiwaniu mistrzów życia. Koniec prawdy absolutnej, i innych. Obecne jest profesorem w Akademii Humanistycznej w Pułtusku.

Liczy się styl

Istnieje kilka typów rozmowy w społeczeństwie. Jeden z nich, ten lepszy, to dyskusja, która przybiera formę krytyki, w której dobiera się argumenty, gdzie partnerzy dyskusji z góry stoją na równych pozycjach, otwarci na argumenty, nie przywiązani do swoich opinii, zdolni je modyfikować. Inna forma dyskursu społecznego to styl odgórnego pouczania, z lekceważeniem racjonalnych argumentów.


Moje ostatnie krytyki episkopatu dotyczyły tej formy odgórnego pouczania. Bo jak inaczej nazwać rozkazujące formuły: nie wolno wam narodzie stosować in vitro, nie wolno wam zawierać związków partnerskich, robić zakupów w niedziele itd.


Ten sposób pouczania, ten nawyk odgórnego karcenia uznałem za nieuprawniony. Dyskusja na równych zasadach, przedstawianie argumentów, wyrażanie własnego stanowiska, owszem, ale pouczanie narodu, jakby to były niesamodzielne dzieci - nie. Idzie więc o styl, o formę.


Ten karcący styl jest przez wiele środowisk uznawany za normalny, uprawniony (dotyczy to także niewierzących), bezwiednie akceptuje się w ten sposób własną pozycję nieświadomego dziecka, którego trzeba instruować w sprawach etyczny, oraz pozycję duchownych, jako posiadających wyższą wiedzę. Ta okoliczność wymaga wyłuszczenia i niezgody, powiedzenia naszego stanowczego "nie". Nie życzymy sobie, by nas tak pouczać. Także religijny autorytet biskupów dla katolików może być "wykonywany" w odmiennym stylu, zakładającym fundamentalną równość wszystkich ochrzczonych, jak uczył tego ostatni sobór, idący za "znakami czasu", chcący dostosowania do demokratycznej współczesności.


Zajęcie pozycji uprawnionego do pouczania innych z racji posiadania jakieś wyższej wiedzy, do której inni nie mają prostego dostępu, jest istotnie sprzeczna z wartościami demokracji, która domaga się równości, chce upodmiotowienia społeczeństwa. Istotną rysą społeczeństwa obywatelskiego jest samostanowienie obywateli, wolnych i równych, którzy siłą własnego rozumu rozstrzygają sprawy, a nie na mocy uległości i podporządkowania zewnętrznemu autorytetowi. To wymaga wychowania, nauki od dziecka, by, jak wzywa Immanuel Kant, wychodzić z "zawinionej niedojrzałości"; która jest zależnością w myśleniu od innych.

Pewna skłonność do popadania ze skrajności w skrajność sprawia, iż krytycy mojej wypowiedzi uznali, iż chcę zamknąć biskupom usta, co jest sprzeczne z wymaganiami wolności słowa. Mamy pewną łatwość w używaniu wielkich słów. Dlaczego miałbym chcieć zamknąć im usta, i jak mógłbym to zrobić? Krytykuję formę wypowiedzi, zwracam uwagę, że w demokratycznym społeczeństwie nie należy ciągle wszystkim mówić jak mają żyć, gdyż system wartości demokracji zakłada przede wszystkim wolność, która jest prawem do życia zgodnie z własnym pomysłem na życie. A prawo demokratycznego państwa ma tę postawę chronić i pielęgnować. Podważanie wartości życia człowieka, który nie podporządkuje się nauce jednej grupy religijnej jest sprzeczne z zasadami demokracji, z zasadą wolności i godności.

Kiedy państwo decyduje za ludzi jak mają żyć (z wyjątkiem opisanego w kodeksie karnym zakazu szkodzenia innym), staje się państwem autorytarnym. Ludzie mają mieć równe prawa, dlatego prezydent Obama stwierdził, że geje i lesbijki mają mieć takie same prawa co "hetero", a więc mają mieć takie samo prawo do małżeństwa. To jest duch demokracji i wolności, który powiewa z naszej wyśnionej Ameryki.

Demokracja zakłada wspólne życie razem ludzi o różnych systemach wartości. To trzeba przyjąć do wiadomości i zaakceptować. Przyjąć do wiadomości i zaakceptować oznacza: zrezygnować z publicznego pouczania innych, uznawania (sugerowania), że wszyscy, którzy się nie trzymają naszych nauk, są ludźmi niemoralnymi. To jest obraźliwe i podważa fundamentalną wartość demokracji, jaką jest równość (w tym przypadku równość dostępu do moralnej wrażliwości).

By budować zdrowe relacje społeczne potrzeba, żeby obywatele społeczeństwa obywatelskiego mieli interioryzowaną zasadę nie wchodzenia ciągle drugiemu do ogródka, nie pouczania go, potraktowania jako odrębny byt, dorosły, mający prawo mieć własne stanowisko, własny system wartości. Potrzeba edukacji w tym kierunku (innej niż dotychczasowa), która tworzy społeczeństwo. Autorytarna jest często nasza mentalność, widać to w debacie publicznej, na blogach, w domu i rodzinie, w sąsiedztwie, w pracy.

Dajmy ludziom żyć, wspierajmy ich w tym, by wybierali w wolny sposób to, co sami uznają za słuszne, dobre, wartościowe, właściwe. Pomagajmy im (jeśli taka nasza rola, np. bycie nauczycielem, rodzicem itd.), by w dyskusji mogli wykrystalizować własny pogląd, a nie narzucajmy naszego, dajmy ludziom dojrzewać, by potrafili sami dochodzić do tego, co dla nich cenne, czego by chcieli dla siebie, dla kraju. Tylko tak możemy wychowywać do wolności. Zrezygnujmy z autorytarnej mentalności, którą przesiąkło nasze życie publiczne do granic niemożliwości.