Praktycznie wszystkie strony sporu politycznego w Polsce zastrzegają się, że broń Boże nie chodzi im o małżeństwa homoseksualne. To jakby demon, który wymaga odczynienia. Tymczasem właśnie małżeństwa gejów i lesbijek są dziś tematem sporu w Europie i USA, a nie związki partnerskie, które są tam czymś naturalnym, nie budzącym żadnych kontrowersji.
REKLAMA
U nas zaś, dzięki skutecznym działaniom hierarchów i świeckich katolików tkwimy w kuriozalnej sytuacji wymyślania jak bardzo prawne uporządkowanie jednego typu związków monogamicznych może zaszkodzić innemu typowi związków monogamicznych. Dyskusja jest jak o istnieniu ufo, nikt tego nie widział, ale niektórzy w to wierzą. Kiedyś mieliśmy dyskusje o szkodliwości prezerwatywy, o jej nieskuteczności w walce z aids. Dziś podobnie szkodliwe są związki partnerskie. Brak argumentów na tak postawioną tezę, niewykazanie związku przyczynowego, demaskuje inne, aniżeli merytoryczne motywacje. Zresztą nie ma co demaskować, sprawa jest jasna - idzie o przekonania religijne (lokowane w bardzo wątpliwych obszarach - lepiej, by się zająć tajemnicą obecności Boga, jego działania w świecie, i innymi ciekawymi religijnymi kwestiami, ale to mało interesuje naszych katolików).
Wobec tak zaplątanej sytuacji należy podnieść w Polsce sprawę legalizacji małżeństw homoseksualnych. Jakie są argumenty za? Równość ludzi wobec prawa. Mówił o tym prezydent Obama, kiedy relacjonował zmianę swoich poglądów (był wcześniej wyłącznie za związkami partnerskimi). Otóż doszedł on do przekonania (a pamiętajmy jest on prawnikiem po dobrych szkołach), że brak prawa do małżeństw gejów i lesbijek sprzeczny jest z zasadą równości. Jeśli ludzie mają mieć równe prawa, geje mają mieć prawa do małżeństw. Jeśli bycie osobą homoseksualną jest jedną z uprawnionych orientacji seksualnych, nie ma jej od dawna na liście chorób (nie ma znaczenia, że niektórzy obywatele się z tym nie zgadzają, z prawem można się nie zgadzać, ale nie można go nierespektować), w świetle prawa ta właśnie orientacja musi być uznana. A uznanie jej to prawo do małżeństwa.
Potrzeba więc redefinicji małżeństwa i o to trzeba walczyć w tym kraju. Zmiana taka nie wymaga jakichś rewolucyjnych działań. Jeśli małżeństwa gejowskie nie są pierwotnie nastawione na prokreację (choć pary homoseksualne mają dzieci, co jest faktem społecznym wartym uregulowania), to już dziś w prawie małżeńskim niepłodność nie jest przeszkodą do zawarcia związku. Jeśli nie brak potomstwa, musi istnieć jakiś czynnik odmienny, który konstytuuje małżeństwo, rodzinę.
Jest to niewątpliwie związek monogamiczny oparty na miłości wzajemnej (jeden kocha drugiego, drugi kocha pierwszego). W średniowieczu mówiono: mutua amatio. Miłość ta wyraża się w woli publicznego wyznania, ślubowania, zobowiązania, wierności. To wszystko są istotne aspekty aktu małżeńskiego, zapisane w prawie, zawarte w małżeńskiej przysiędze składanej w urzędzie stanu cywilnego. Jednym z celów takich związków jest płodzenie potomstwa, lecz jak już wspomniałem, nie jest to warunek sine qua non. Więź małżeńska jest prawnie ważna zarówno pomiędzy małżonkami, które zdecydowały się nie mieć dzieci, i pomiędzy tymi, którzy nie mogą mieć dzieci z powodów zdrowotnych.
Wszystkie te elementy składowe małżeństwa pasują zarówno do związków heteroseksualnych jak i homoseksualnych. Osoby heteroseksualne nie powinny mieć poczucia wyższości, że ich miłość jest czymś lepszym, ważniejszym, to bowiem prowadzi do pogardy wobec miłości wiążącej pary gejowskie. Pogarda zaś jest źródłem nierówności wobec prawa. Miarą jakości demokracji, żywotności społeczeństwa obywatelskiego jest ochrona słabszych.
Demokracja niszczeje, pisał już o tym Arystoteles, kiedy poszczególne grupy społeczne dbają wyłącznie o własny interes, a nie mają na uwadze dobra innych, dobra wspólnego. Fundamentalnie rozumiana równość ludzi domaga się praw małżeństw dla gejów i lesbijek. Odmawiający tych praw gejom obywatele tkwią w przekonaniu, że istnieją ludzie lepsi i gorsi, zasługujący na prawa i nie zasługujący. Podkreślmy: nie zasługujący ze swej natury, ze względu na to kim są. To jest poniżające. Jako takie wychowywać może do zachowań poniżających wobec grupy mniejszościowej, do aktów nienawiści. Zawsze, gdy prawo poniża jakąś grupę obywateli zachęca do aktów poniżania. Mamy wiele przykładów takiego działania prawa w najnowszej europejskich totalitaryzmów. Prawo zakazujące związków małżeńskich gejów jest więc sprzeczne z naczelnymi normami konstytucji. To nie małżeństwa gejowskie są sprzeczne z konstytucją, ale ich brak. Wrócę jeszcze do tego tematu.
Czy potrzeba aż tak wiele empatii, by zrozumieć, iż osoby homoseksualne nie mając prawa do małżeństw (w urzędzie), mogą czuć się poniżone, potraktowane jako społeczny wyrzutek, drugiej kategorii człowiek, który powinien wstydzić się tego, kim jest, kryć się, i bić w piersi regularnie.
Ta pogarda wobec osób homoseksualnych jest elementem dyskursu politycznego w naszym kraju. I będzie dalej się rozwijać, jeśli nie zmienimy prawa. Prawo zakazujące parom gejowskim ślubów uczy nas, iż ich miłość, wzajemna więź, chęć pomocy, jest gorsza, albo w ogóle nic nie warta. Bo nasza jest lepsza. Kompleks, chęć dodania sobie wartości kosztem innych - te wszystkie elementy społecznej przemocy tkwią immanentnie w tej patologicznej sytuacji. Osoby publiczne, parlamentarzyści mają nierzadko braki w dobrym wychowaniu, nie potrafią przestrzegać zasady decorum, nie wiedzą co to niestosowność, stąd pogarda dla wartości życia gejów i lesbijek wylewa się z ekranów telewizorów, podniecając pozytywnie jednych (nareszcie ktoś powiedział prawdę), bezsilnie oburzając innych.
Jeśli mamy do czynienia z tak niewychowanymi osobami publicznymi, tym bardziej trzeba domagać się legalizacji małżeństw homoseksualnych. Domagać się prawa do godnego życia, do spełnienia życiowego, uznania prawnego miłości ludzi, którą nie należy pogardzać. Przede wszystkim nie należy pogardzać miłością. Geje są zdolni do miłości, do więzi, nie są dzikimi bestiami. Magiczne myślenie, że obecność odmiennego mnie zanieczyści, że zepsuje mój związek, nie może być ukrytym motywem działania prawodawcy. Nie może być uprzedzenie źródłem prawa.
Wróćmy teraz do problemu sprzeczności z konstytucją. To oczywiście jest chciejstwo, myślenie życzeniowe: chcemy, żeby było sprzeczne, więc mówimy od razu że jest sprzeczne. Tymczasem nie możemy rozstrzygnąć tej kwestii na tym etapie procedowania (żadnego procedowania jeszcze nie ma), mamy bowiem do dyspozycji jedynie opinie prawne, które bez wyroku Trybunału Konstytucyjnego, pozostają jedynie opiniami. Jestem przekonany, że jeśli równość wobec prawa, która wyraża się w prawie do małżeństw osób homoseksualnych byłaby sprzeczna z definicją małżeństwa zapisaną w konstytucji (co nie jest takie oczywiste - definicja nie określa czym małżeństwo nie jest, że nie jest na przykład związkiem homoseksualnym, mówi tylko że jest związkiem kobiety i mężczyzny, dlatego ustawa może orzec, że jest także związkiem homoseksualnym), to należy zmienić tę definicję. Albo poddać ją takiej wykładni, w której zasada równości wobec prawa stanie się kryterium decydującym, naczelnym, i zmusi do interpretacji rozszerzającej tę definicję małżeństwa na związki kobiet z kobietami i mężczyzn z mężczyznami.
Cały czas idzie w tym co piszę tylko o jedną rzecz, o której wspomniał prezydent Obama: równość ludzi. Bez tego nie ma sprawiedliwego społeczeństwa, bez tego nie ma demokracji, która zniosła stany, uprzywilejowania prawne w kodeksach karnych i innych. Która musi teraz znieść uprzywilejowania prawne większościowej grupy heteroseksualnych wobec mniejszościowej i w związku z tym nie mającej siły politycznej, grupy osób homoseksualnych.
Podsumowanie: namęczyłem się tutaj wyłuszczając argumenty za prawem gejów do małżeństw. Podałem rozmaite argumenty. Mam więc prośbę o odnoszenie się do tych argumentów, a nie do tego, kim jestem. Zasada obiektywizmu, wypracowana między innymi przez średniowiecznych chrześcijańskich teologów (a więc naszych), domagała się by zwracać uwagę nie na kto kto mówi, lecz co mówi, jak argumentuje. Argumentum ex auctoritate Tomasz z Akwinu uznawał za najsłabszy w dyskusji filozoficznej, do których zaliczało się wtedy dyskusje prawne. Nie ważne jest kto mówi, czy to będzie ks. Rydzyk, bp Michalik, Tomasz Lis, premier Tusk, Palikot, Benedykt XVI, św. Faustyna, redaktor Wildstein, ważne jest co mówi, a dokładnie jak dobiera argumenty, czy umie argumentować, czy potrafi poprawnie wnioskować, wyprowadzać z norm ogólnych wskazania szczegółowe, czy zna i rozumie przedmiot, do którego się odnosi. Czy gotów jest dowiedzieć się czegoś, o czym nie wiedział, o czym nie pomyślał.
Na koniec komentarz polityczny: żenujący jest Leszek Miler, przywódca lewicy, który w tej sprawie nie zamierza robić czegokolwiek. Żenujący jest po wielekroć i sam pozbawiający się prawa nazywania siebie lewicą. Sojusz Lewicy Demokratycznej jest być może sojuszem, nie jest na pewno lewicą, i nie jest demokratyczny, bo nie walczy o równość wobec prawa wszystkich obywateli. Wstyd!
Ruch Palikota zaś ze względów taktycznych odpuszcza sobie pryncypialną walkę o równość wobec prawa małżeństw homoseksualnych, jakby zastraszony przez opinię publiczną, dziennikarzy, sugerujących, że dopominanie się o prawa osób homoseksualnych jest zbędne, że nie należy tego uwypuklać, bo to może zaszkodzić walce o związki partnerskie. Skutek jest taki, że nie będzie ani jednego ani drugiego. Wzywam więc Palikota by stanął po stronie wartości najważniejszych dla demokracji. A taktyka: należy podbijać stawkę, by otrzymać choćby ochłap. To po pierwsze. A po drugie idzie o działanie długofalowe, nastawione na zmianę mentalności. Tego najbardziej boją się nasi tradycjonaliści. I słusznie, że się boją. Jest czego się bać. Prawa człowieka to system wartości, który w Europie wygrał, odnosi sukcesy dalej, i nie widać sposobu, Bogu dziękować, na zatrzymanie tej fali przebudzenia się obywateli dla poszanowania ludzkiej godności, prawa każdego człowieka do samostanowienia.
