Mecenas Rogalski znów napisał do mnie list. Poczuł się urażony. Napisał sprostowanie, że nie posiada tylu specjalizacji ile wymieniłem w moim poprzednim wpisie. Przyznaję mu rację, przesadziłem (pomyłeczka!), mecenas Rogalski ma mniejszą liczbę specjalizacji, a te przeze mnie wymienione to specjalizacje jego kancelarii.

REKLAMA
Mecenas Rogalski chce jednak, żebym usunął poprzedni wpis, bo narusza jego dobra osobiste i poda mnie do sądu w reżimie cywilnym i karnym. Sam nie wiem co robić. Może powinienem usunąć post, nie chcę iść do więzienia, ani płacić tysięcy złotych na PCK czy na dom w Laskach.
Ale z drugiej strony, co będzie jak nie podejmę rzuconej rękawicy, gdzie mój honor, męskość, bitność o słuszną sprawę?
Z innej jeszcze strony, może ktoś powiedzieć, że kłótliwość tutaj się ujawnia, kogucie łapanie się za grzebienie, typowe dla znastolatkowanych męskich narcyzów.
Tak źle, tak niedobrze, a tak jeszcze gorzej. Czy utknąłem więc w sytuacji bez wyjścia?
Mecenas Rogalski wyraża żal, iż opublikowałem jego prywatny list. Tymczasem mecenas Rogalski jest mi człowiekiem obcym, nie mam z nim żadnych prywatnych stosunków. Nie dawałem mu mojego adresu mailowego, a on napisał do mnie na formularzu kancelaryjnym. Napisał mi impertynencje, pouczenia, które mógłby ewentualnie wygłaszać swoim dzieciom, a nie obcemu człowiekowi. On jednak nie wie o tym, bo brak mu czegoś, co by mu pozwoliło to wiedzieć.
Żadnej prywatności z mecenasem Rogalskim nie miałem, nie chcę mieć i nie będę miał. Mogę obiecać, że kolejne obraźliwe listy także będę upubliczniał, by jak to się mówi, „odsłonić prawdziwe oblicze” Rogalskiego.
Mecenas Rogalski czuje się obrażony i chce mnie podawać do sądu, tymczasem sam pisze o mnie, że kieruję się nienawiścią do Kościoła katolickiego. Czy to mnie nie obraża? Czy nie jest to sformułowanie obelżywe? Jaka procedura prawna jest w stanie dowieść, że kieruję się nienawiścią do Kościoła? W jakim trybie można osądzać ludzkie intencje. Czy tego nie potępia Ewangelia (nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni), z którą chyba zaznajomił się mecenas, przedstawiający się jako katolik nadzwyczajny w swoich dewocyjnych zwrotach zawartych w liście. Czy nie bardziej on wyraża swoją niechęć (nienawiść) do mnie, aniżeli ja do Kościoła katolickiego. Mecenas Rogalski nie przetrawił tego, co pisałem o wartości krytyki w poprzednim wpisie, że ostatnią i najgłupszą rzeczą jest uważać ją za wyraz niechęci czy nienawiści.
Mecenas Rogalski wypowiada się znów na tematy teologiczne (roztrząsa kwestię tego, co jest radykalnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła), choć upominałem go, że na tym trzeba się znać, a on jest prawnikiem, nie teologiem i do tego z mniejszą liczbą specjalizacji aniżeli wcześniej sądziłem.
Takie oto dylematy cisną mi się do głowy od samego rana. I sam już nie wiem co począć. Usunąć wpis czy go nie usunąć? Nie chcę krzywdy mecenasa Rogalskiego, nie chcę naruszać jego dóbr osobistych. Owszem, miałem odrobinę brzydkiej intencji publikując jego list, chciałem mianowicie, żeby zrobiło mu się głupio. A tymczasem on odczuwa to inaczej, pisze, że utracił przeze mnie (przynajmniej w jakiejś części) własne dobra osobiste. Muszę więc mu czemprędzej wszystkie je zwrócić, by miał komplet nienaruszony.

A jednak nie bardzo wiem jakie to są dobra, które miałbym zwrócić. List mecenasa nie ja pisałem i nie ja za niego odpowiadam. Mecenas, osoba publiczna, musi się liczyć z konsekwencjami tego, co pisze. Zwłaszcza jak pisze brzydko.
Gubię się w tym wszystkim, potrzebuję pomocy.