
Od niedzieli w Filharmonii Narodowej możemy słuchać niezwykłej muzyki naszego wybitnego kompozytora. Utwory wczesne, atonalne, będące muzycznym eksperymentem brzmią dziś klasycznie.
REKLAMA
Są jak orzeźwiający strumień żywych dźwięków, uwalniający od zaśmiecenia świata bardziej lub mniej chcącymi się podobać melodyjkami. Perkusyjność tej muzyki, a zarazem lekkość faktury przypominają dzieła japońskich układaczy haiku. I całość konstrukcji, punkt widzenia całości, perfekcyjnie zorganizowany rytm, logika.
O co chodzi w muzyce atonalnej? Można powiedzieć, że w pewnym momencie wyczerpały się muzyczne środki wyrazu i zaczęto eksperymentować szukając jakby dekonstrukcji, rozbicia, by wydobyć z muzyki coś nowego. Być może muzyka atonalna jest męcząca, szmery, piski, kwiki. Na pewno jest męcząca, jeśli robią ją słabi. W przypadku Pendereckiego jest pochłaniająca. Ma w sobie coś mistycznego, jest jak dobra poezja, w której istotą jest to, co nie zostaje dopowiedziane. To między innymi: Wymiary czasu i ciszy, Trzy pieśni chińskie, De natura sonoris II, a zwłaszcza Canticum Canticorum Salomonis, Strofy, Psalmy Dawida.
Mamy też drugiego Pendereckiego, który pisze muzykę podniosłą, często pewnie na zamówienie dla podkreślenia wagi jakiegoś wielkiego wydarzenia, rocznicy itp. Koncert na skrzypce i altówkę podnosi na duchu, pełen cytatów muzycznych, przetwarzanych w mistrzowski sposób (da się tam usłyszeć oczywiście koncert podwójny Bacha, jest i Strawiński, jeśli się nie mylę i wielu innych, których już gdzieś słyszałem, ale nie pamiętam). W ogóle od zawsze miałem kłopoty z zapamiętywaniem nazw.
Osma symfonia to objawienie. Zatytułowana Lieder der Verganglichkeit (Pieśni przemijania) składa się z niemieckich tekstów niemieckich poetów, Rilkego, Hermana Hesse'go, Goethego chyba także, i innych. Wszystkie one mówią o ogrodzie, drzewach, chłodzie, półmroku. Pewnie jest tam trochę z klimatu słynnego arboreum Pendereckiego. Jest melancholia, jest miłość do tego mglistego, leśnego, mchowego, wilgotnego klimatu. Może właśnie taka jest dusza niemiecka, może taka jest niemiecka melancholia. A gdyby tak czytać Heideggera mając to w pamięci, ten prześwit w ciemnym lesie, który coś odsłania, ale przecież las dalej ciemny, gęsty. Najważniejsza jest tutaj ta miłość do tego świata, bez potrzeby ucieczki do ciepłych krajów, do rivier, słońca, pięknych opalonych ciał damskich i męskich, czystego nieba, ciepłego wieczoru.
Największym przedsięwzięciem logistycznym była, jak podejrzewam, siódma symfonia: Siedem bram Jerozolimy. Pompatyczna muzyka, instrumentów pewnie ponad sto, na balkonach bębnów i trąb co niemiara. Gigantyczne chóry unisono, efektowne crescenda. Krótko mówiąc - głośno. Ten utwór wzbudził największą owację. Późne dzieło w stylu późnego Pendereckiego (1996 rok jak dobrze pamiętam). Kto nie chce dać się porwać takiej wzniosłości czuje się trochę zażenowany. A jakby dodać jeszcze z dwustu śpiewaków śpiewających unisono to pewnie byłoby jeszcze bardziej dramatycznie i ciarki po plecach biegały by jeszcze szybciej tam i z powrotem.
We wtorek o 19.00 było mało ludzi, entuzjazm publiczności też był moderowany. Może dlatego, że mieliśmy dużo owej kontemplacyjnej, grającej z ciszą atonalnej muzyki. W środę publiczność ożyła, nawet mieliśmy standing ovation na zakończenie. A w czwartek było już koncertowo, zwłaszcza za sprawą owych Siedmiu bram. Dzisiaj jeszcze, a mamy dziś piątek, koncert na róg (super!), na skrzpce (gra nieśmiertelny K.A. Kulka), no i Kadysz.
Festiwal Pendereckiego to nie tylko Penderecki. To rozmaitość wykonawców, każdy utwór ktoś inny dyryguje, ktoś inny śpiewa, gra. Wyśmienity dobór, dużo młodzieży, aż serce rośnie, takcy młodzi a tacy wybitni. Jedna orkiestra z Warszawy, inna z Katowic, jeszcze orkiestra młodzieżowa powtała na mocy ustawy o orkiestrze młodzieżowej najzdolniejszych młodych mózyków polskich. Była jeszcze orkiestra z Tychów z zabawnym dyrygentem Markiem Mosiem z hustką na głowie. Jeszcze jakiś profesjonalny chór kilkunastoosobowy z Katowic, instrumenty, których w życiu mało kto na oczy widział.
Swoją drogą, niby u nas tak kiepsko w sporcie i w rozmaitych dziedzinach. A w muzyce od lat jest super. Nasze pop muzyczne gwiazdy na zawsze pozostaną tylko lokalnymi gwiazami lokalnych scen. A w klasyce drzwi wszystkich sal koncertowych świata stoją otworem dla naszych. Tylko kiboli mało.
Nic więcej pisać nie będę. Uwielbiam muzykę współczesną, jest jak catharsis, jak czyszczenie duszy przez czyszczenie uszu, wytchnienie od uwodzicielstwa uwodzących czarem. Maestro Penderecki (tak się mówi na koncertach) planuje jeszcze napisać niejedno. Ja czekam na nowe abstrakcyjne atonalności, eksperymenty z ciszą i czasem.
