Tomasz Machała pisze, iż w jego środowisku przyznanie się do katolickiego wyznania i chodzenia co niedziela na mszę świętą jest swoistym faux pas, że brzmi dziwnie, albo i dziwacznie. Dlaczego?
REKLAMA
Otóż wyznacznikiem tożsamości społecznej każdego z nas dzisiaj nie jest przynależność religijna. Spotykający się po raz pierwszy ludzie pytają nie o wyznanie, które stało się sprawą prywatną, wręcz intymną, ale o to, co się w życiu robi, gdzie pracuje. To wyznacza publiczną przestrzeń ludzkiego bycia.
Nie wykluczone, że sto czy dwieście lat temu wyznanie stanowiło coś pierwszoplanowego w społecznej tożsamości jednostki. Dziś jednak już tak nie jest. Nawet w ustawodawstwie mamy zastrzeżenia, że państwo nie może ujawniać publicznie religijnej przynależności (vide dyskusja na temat ocen na świadectwie z religii).
Pytanie o to, czy wierzysz w Boga może być uznane za aroganckie, za wkraczanie w sferę prywatną. Zapytać Anglika z upper class na kogo głosuje, albo czy jest wierzący sprawi, iż poczuje się zakłopotany, uzna pytanie za niestosowne.
Wyznanie Tomasza Machały, iż jest katolikiem wierzącym i praktykującym (dosłownie uczestniczącym w każdym niedzielnym nabożeństwie) może wprowadzać dzisiejszą publiczność w podobne zakłopotanie. Jeśli bowiem jest to sprawa prywatna, wyznanie takie w świadomości społecznej może być odbierane jako ekshibicjonizm. Jeszcze inaczej: nie chcemy słuchać o prywatnych sprawach osób publicznych, chyba że jesteśmy czytelnikami brukowców. Jeśli nie popadamy w plotkarskie nastawienie, nie chcemy słuchać o prywatnych religijnych zaangażowaniach znanych ludzi.
Owszem, w gronie zażyłych przyjaciół ludzie rozmawiają o swoich prywatnych sprawach, także przekonaniach religijnych itp. Ale kulturowo dziś w Europie nie jest to przedmiot prostych publicznych wyznań. Dziennikarz nie powinien więc pytać rozmówcę czy jest wierzący, tak jak nie powinien pytać z kim ostatnio spał, albo na co ostatnio chorował. Rzecz należy to tego typu obyczajów, jak niesiorbanie rosołu, czy nie opowiadanie w telewizji o swoich miłosnych podbojach. Intymność i prywatność, którą się chroni - to dziś także dziedzina religijna.
Aung San Suu Kyi, słynna birmańska opozycjonistka, pytana czy nie tęskni za rodziną w Anglii, i czy nie żałuje, że nie wróciła do rodziny, odpowiadała, iż o sprawach prywatnych nie będzie opowiadać publicznie.
Granica między sferą publiczną a prywatną zaciera się coraz bardziej w naszym świecie. A jednak ona istnieje, i warto ją chronić.
Jeszcze inna sprawa. Właśnie jestem we Francji, po obiedzie w paschalną niedzielę, w lokalnej restauracji. Restauracja pełna, ludzie świątecznie nastrojeni. Nie do pomyślenia w naszym kraju. Swieta oznaczają bowiem u nas zamarcie życia. Zatrzymanie się biegu historii. Restauracje czynne w Wielką Sobotę czy w niedzielę są już, jak czytam u Tomasza Machały, oznaką zatraty religijnych wartości. Jakby jedyną formą świętowanie musiało być siedzenie w domu za obficie zastawionym stołem przez dwa dni, i do tego ewentualnie rodzinny spacer.
Można i tak. Czy jednak nie warto pomyśleć o tym, że święta to także moment odpoczynku. Może więc nie jest niczym bezbożnym wziąć dzieci i żonę do knajpy, by trochę matka dzieci odpoczęła, by nie musiała najwięcej pracy mieć w dniach wolnych od pracy.

