
Chłodny piątkowy wieczór. Gdzieś w starej części miasta jest uliczka, a przy niej urokliwa włoska restauracja, tak dobrze ukryta, że nawet najstarsi mieszkańcy śródmieścia nie potrafią dobrze wskazać mi drogi. Ci z kolei, którzy zdają się wiedzieć jak tam trafić, raczej unikają odpowiedzi, gdyż nie chcą żeby „obcy” odwiedzali to miejsce. Trafiłem. W wejściu stoi elegancko ubrany starszy człowiek, który ciepłym gestem zaprasza mnie do stolika. Zamawiam wino, oczywiście czerwone. Zaglądam do karty dań, w której wiją się najróżniejsze makarony, a między nimi owoce morza, rukola i pesto z suszonych pomidorów… chętnie bym już coś zamówił, ale przecież nie będę jadł sam. Czekam więc cierpliwie, zerkając za okno w radosnym oczekiwaniu i co rusz poprawiam mankiety, bo przecież pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Nagle drzwi uchylają się powoli, a do środka nieśmiało zagląda ona… chyba ona, bo mówiła, że poznam ją po czerwonej sukience, jedwabistym głosie i dyskretnie wytatuowanej zielonej koniczynie , a tymczasem…
Giulia przywitała mnie w niebieskim dresie i sportowym obuwiu Continental 235/40 R19, spod którego mieniły się żółte zaciski hamulców. Mało tego, nie usiadła przy stoliku tylko powiedziała ochrypłym głosem: jedziemy nad morze, teraz. Trzeba przyznać, że nawet
w dresie była mocno przekonująca, choć jej głos nie do końca był jak ze snu… ale o tym później. Pierwsze wrażenie zrobiła jednak piorunujące i choć wiem, że wnętrze jest najważniejsze, to pozwólcie, że przez moment pozachwycam się jej krągłościami, bo to istna Monica Bellucci na kołach.
Karbon zobaczymy także z boku samochodu na szerokich dokładkach progowych, których celem jest poprawienie przepływu powietrza wzdłuż nadwozia. Nieco wyżej, na wysokości klamek, kolejne głębokie i piękne przetłoczenie ciągnące się przez obie pary drzwi, aż do tylnego nadkola i kolejna porcja karbonu, tym razem na lusterkach. Całość sprawia wrażenie jakby była wyrzeźbiona. Muskularny i krągły tył zdobi kolejna karbonowa lotka, a od dołu sporych zaś rozmiarów dyfuzor i dwie olbrzymie końcówki wydechów. Alfa Romeo Giulia jest tak pięknie skomponowana, że moim zdaniem samochód wizualnie nie ma słabych punktów i wygląda jak rasowy szybki sedan, nie jakiś tam dzieciowóz.
NIE JESTEM POWIERZCHOWNY. ZAGLĄDAM DO WNĘTRZA.
To, co najlepsze kryje się jednak tuż za kierownicą, a są to zamontowane na stałe łopatki zmiany biegów wielkości uszu zająca. Są tak olbrzymie, że nawet Stevie Wonder nie miałby problemu ich znaleźć. Dla mnie to wzór tego jak powinny wyglądać łopatki w innych samochodach, przy czym nie ograniczam się jedynie do aut w podobnej klasie – mówię o wszystkich samochodach, które mają sportowe aspiracje i automatyczną skrzynię biegów. Dalej, mamy klasyczne Alfowskie* tuby, a w nich dwa podświetlane na biało, analogowe zegary i ciekłokrystaliczny wyświetlacz między nimi. Uczta dla oczu i doskonała czytelność. W środku można znaleźć także sporo karbonowych akcentów np. na tunelu środkowym, czy wokół klamek.
Jest też trochę wad – np. lewarek zmiany biegów mógłby być nieco mniej plastikowy, bo tutaj konkurencja wypada lepiej. Podobnie jest z systemem infotainment – niby jest tam wszystko, co potrzeba. Sterowanie całym samochodem, nawigacja, Apple CarPlay itd. itp. i nawet się nie zacina. Tylko wszystko jakieś bez polotu i myślę, że interface tego systemu jest zdecydowanie do dopracowania. Jednak jak już wspomniałem, te sprawy schodzą na plan dalszy, bo w Alfie najważniejsze jest to, jak ten samochód jeździ…
z prowadzenia. Dzięki tak zestrojonemu tercetowi: napęd, układ kierowniczy i zawieszenie, w ogóle nie czuć masy samochodu. W sensie lekkości, można powiedzieć, że prowadzi się bardziej jak hot-hatch niż jak limuzyna. Olbrzymie wrażenie wywarła na mnie także stabilność tego samochodu przy dużych prędkościach. Niezależnie jak szybko jedziesz, Alfa po prostu klei się do asfaltu i nie ma mowy o żadnej nerwowości. Połykanie kolejnych kilometrów, to czysta przyjemność.
Pora najwyższa napisać słów kilka o silniku. Wspomniałem już na wstępie, że choć Giulia oczarowała mnie wyglądem, to jej głos nie był jak ze snu. To dlatego, że randkowałem z wersją z silnikiem 2.2 JTDM-2. Czyli diesel. Silnik ma 210 KM, a więc zupełnie wystarczająco, żeby żwawo przemieszczać się zarówno w mieście jak i na autostradzie. Momentu obrotowego też nie brakuje mu nigdy i generalnie rzecz biorąc jest to doskonała jednostka napędowa. Problem w tym, że takiej damie jak Giulia nie przystoi klekotać jak przekupka na targu. Jasne, to nie jest tak, że ten silnik jest nie wiadomo jak głośny, czy irytujący. Nie – to czterocylindrowy diesel i tak też brzmi. Niestety, pomimo niewątpliwych zalet, ta jednostka zupełnie do Giulii nie pasuje. Nie będę się specjalnie rozwodził na ten temat i jeżeli ktoś oczekuje porady konsumenckiej, to napiszę tylko tyle – kupujcie benzynę, najlepiej 2.0 Turbo z 280 KM pod maską lub przepięknie brzmiące V6 Twin Turbo w wersji QV. Toczka.
Czy randka się udała? Pomimo tego, że nie zjadłem ulubionego makaronu, a moja Giulia miała głos jak po operacji strun głosowych, to po stokroć – tak. Jest w niej coś niesamowitego, czego nie sposób znaleźć w innych samochodach. Alfa Romeo po raz kolejny udowodniła, że swoje sedany traktuje jak wyjątkowo. Tak było z modelami 156, 159 i tak jest z Giulią. W tej ostatniej czuć też ducha ś.p. Sergio Marchionne, który snuł mocarstwowe plany wobec marki. Giulia musiała być jego oczkiem w głowie, muzą, która miała stanowić inspirację dla reszty modeli. Myślicie, że przesadzam pisząc w ten sposób o samochodzie z klekoczącym dieslem? Nie jest tak, bo jestem przekonany, że Włosi stworzyli Giulię z myślą o wersji Quadrifoglio Verde, a dopiero później stwierdzili, że aby móc ją dalej produkować potrzebne są też wersje cywilne, ze słabszymi silnikami. Najlepsze jest jednak to, że nawet wersje cywilne przyprawiają
o szybsze bicie serca, a o to w motoryzacji chodzi.
