Nie ma to, jak testować samochód elektryczny w czasach, kiedy ceny na stacjach paliw są najniższe od dekady. Można nawet powiedzieć, że łezka w oku się kręci i aż chciałoby podjechać pod dystrybutor, aby poczuć zapach benzyny i usłyszeć dźwięk odbijającego spustu. Nic z tych rzeczy, bo jeździłem ostatnio jednym z najlepiej sprzedających się samochodów elektrycznych w Europie – Renault ZOE.

REKLAMA
logo

Nie było to moje pierwsze doświadczenie z samochodem o napędzie elektrycznym, gdyż wcześniej jeździłem już Smartem „na prąd”, Nissanem Leaf oraz BMW i3, ale wszystkie te auta pochodziły z usług carsharingowych. Przygoda z nimi trwała więc nieco dłużej niż sznurowanie butów przez 5 latka i pewnie więcej mógłbym napisać o aplikacjach sterujących tymi usługami, niż o samych wrażeniach z jazdy. Tym razem było z goła inaczej ponieważ ZOE była ze mną przez cały tydzień, dzięki czemu mogłem na własnej skórze doświadczyć jak to jest mieć samochód elektryczny (tutaj powinienem dodać – w Polsce, bo pewnie niektóre wnioski mogą być niewłaściwe jeśli mieszkałbym np. w kraju skandynawskim).
SAMOCHÓD CZY SMARTFON?
Na początek śmieszna sytuacja, która spotkała mnie podczas odbioru auta z parku prasowego. Pracownik wydający mi samochód zajrzał do bagażnika, a następnie stwierdził – wie Pan co, muszę poszukać ładowarki – przez moment poczułem się, jakby chciałby mi oddać swojego smartfona na tydzień, ale szybko ogarnąłem, że ZOE ma po prostu w komplecie dwa kable do ładowania. Jeden z nich podłączamy do zwykłego gniazdka domowego, drugi natomiast, możemy podpiąć do szybkich ładowarek w mieście. Lepiej wozić ze sobą obydwa, bo jeśli rozładuje Wam się bateria, to nie będzie już tak łatwo, jak ze znalezieniem kabla od iPhona… znacie ten motyw. Na szczęście kabel się znalazł więc można było jechać spokojnie.
W ŚRODKU ZNAJOMO
Pierwsze wrażenie po wejściu do ZOE było bardzo pozytywne. Deska rozdzielcza to mix tego, co znamy z Renault Clio V generacji, z bardzo charakterystycznym dżinsowym designem. Materiały w ZOE przypominają trochę materiały ubrań lub obicia mebli. Generalnie wygląda to nieźle i nadaje przyjaznego i ciepłego charakteru we wnętrzu, a do tego jest całkiem miłe w dotyku. Jasne, to zawsze kwestia gustu, ale mnie się podoba, bo na razie w samochodach elektrycznych możemy dostać to, albo twardy plastik. Ponieważ jest to francuski samochód, to jednak musi być stylowo.
logo

Fotele są raczej niewielkich rozmiarów, ale za to dobrze wyprofilowane i wygodne. Naturalnie nie mówimy tutaj o sportowych kubłach, ale przecież ZOE, to nie samochód wyścigowy tylko miejski. Siedzi się wysoko, a to dlatego, że pod podłogą znajdują się baterie. Prawie jak w Jeepie Willys, tylko tam siedziało się niemalże bezpośrednio na baku paliwa – ale taki urok elektryków. Pozytyw jest taki, że siedząc wysoko, widzimy trochę więcej, co w mieście akurat może się przydać. Z tyłu miejsca jest raczej niewiele, ale na podróżowanie ulicami Warszawy na pewno go wystarczy. Podobnie jest z bagażnikiem, który spokojnie pomieści codzienne zakupy.
logo

Przed oczami kierowcy zamiast analogowych zegarów znajduje się wyświetlacz o wysokiej rozdzielczości, który jest do tego bardzo czytelny. Za to należy się duży plus. Oprócz podstawowych wskazań jak prędkość, czy aktualnie używana moc, widzimy też np. kiedy ładuje się bateria. Niby nic czego nie znalibyśmy np. z kilkunastoletniego Priusa, ale wszystko jest na tyle ładnie zaprezentowane, że nie odwraca uwagi kierowcy od prowadzenia, a jednocześnie przekazuje wszystkie najważniejsze informacje.
logo

Jeżeli chodzi o wykończenie wnętrza, to właściwie trudno się przyczepić do czegokolwiek – jest bardzo poprawnie jak na tę klasę i rodzaj samochodu. Jedynym mankamentem są bardzo małe schowki i kieszenie w drzwiach. Oczywiście ZOE nie jest samochodem do budowania domu, ale pod tym względem projektanci mogli postarać się nieco bardziej. Np. schowek nad nogami pasażera jest niewielki, a nad nim mamy dodatkową wnękę, w której mieści się… no w sumie nie wiadomo co. Może składany parasol, bo schowek jest szeroki ale płytki. Moim zdaniem można było stworzyć jedną większą przestrzeń. Nie zmienia to jednak faktu, że we wnętrzu francuskiego elektryka siedzi się całkiem przyjemnie, ale np. daleko mu do jeszcze wnętrza nowego Clio V generacji.
logo
PRĄD DO DECHY
Zawsze powtarzam, że kto nie jeździł samochodem elektrycznym, ten koniecznie musi spróbować, bo z reguły jest to pewien efekt WOW. Charakterystyczna dla samochodów na prąd, w tym Renault ZOE, jest niesamowita płynność przyspieszania oraz pełna moc dostępna właściwie od pierwszego muśnięcia pedału gazu. W połączeniu z ciszą towarzyszącą nabieraniu prędkości i dźwiękiem rodem z silnika statku kosmicznego, można od razu poczuć ducha nowoczesności. ZOE nie jest torpedą na 4 kołach, ale ponieważ silnik elektryczny generuje 135 KM, które są dostępne w zasadzie instant, to na starcie spod świateł odstawicie większość zwykłych samochodów, które poruszają się po polskich ulicach – od Forda Fiesty, przez legendarnego Passata, na niektórych Mercedesach kończąc. Taki urok prądu. Oczywiście do ścigania się nie namawiam, bo ZOE się do tego nie nadaje, ale na pewno może utrzeć nosa niejednemu cwaniakowi.
logo

Jeżeli chodzi o zachowanie na drodze, to zawsze trzeba pamiętać o tym, że baterie swoje ważą i na szybszym łuku samochodem potrafi bujnąć. Nie trzeba się bać, ale możemy to porównać do jazdy małym crossoverem z wyżej położonym środkiem ciężkości. Choć ZOE, to stosunkowo nieduży samochód, to jednak trzeba nim hamować odrobinę wcześniej niż konwencjonalnym autem o podobnych rozmiarach. Masa robi swoje i fizyki tutaj nie oszukamy. Tylko nie myślcie, że to są jakieś poważne wady. Nie – prostu samochody elektryczne, to nieco inne konstrukcje i inaczej się nimi jeździ. Charakterystyczne dla nich jest również to, że po odpuszczeniu pedału przyspieszenia samochód gwałtowniej wytraca prędkość, gdyż odzyskuje energię z hamowania. Z odrobiną wprawy hamulca używamy więc znacznie rzadziej niż w zwykłym samochodzie.
Jak zawsze, pomocne są systemy wspomagające kierowcę, takie jak sygnalizacja zmiany pasa ruchu, czy też czujnik martwego pola. To drugie rozwiązanie jest nieocenionym dodatkiem w miejskiej dżungli.
GDZIE SIĘ PODŁADOWAĆ?
ZOE realnie przejeżdża na jednym ładowaniu grubo ponad 200 km, oczywiście pod warunkiem, że nie ciśniemy do oporu od świateł do świateł. Przy delikatnej jeździe w trybie eco, zasięg podchodzi nawet pod 300 km. I to bez pomocy boskiego wiatru, z włączoną klimatyzacją, radiem i podpiętym do ładowania smartfonem. To świetny wynik i Renault należą się tutaj duże gratulacje. Co jednak, gdy prąd zaczyna się kończyć? ZOE nie ma dodatkowego agregatu spalinowego, który uratuje nas kiedy nastanie ciemność, dlatego należy kontrolować poziom baterii i zostawiać sobie zawsze bezpieczny zapas. Moim zdaniem bezpieczny zapas, to ok. 25% baterii. To nie jest wina samochodu, ale nawet w Warszawie, gdzie ładowarek miejskich jest chyba najwięcej w całej Polsce, ciężko jest go naładować. Powodów jest kilka. Po pierwsze ładowarek jest zwyczajnie za mało. To trochę błędne koło, bo dostawcy prądu twierdzą, że nie ma na nie popytu, bo samochodów elektrycznych jest za mało, z kolei kierowcy nie chcą elektryków, bo nie ma ładowarek… Ktoś musi zrobić pierwszy krok i obawiam się, że muszą to być jednak dostawcy infrastruktury.
logo

Po drugie – jak już uda na się znaleźć ładowarkę, to zazwyczaj jest do niej podpięty samochód z usług carsharingowych. Jeśli pod ładowarką stoi akurat samochód prywatny, to możemy być więcej niż pewni, że stoi tam już którąś godzinę, bo właściciel zostawił go podpiętego i poszedł do pracy na 8 h, podczas kiedy szybkie doładowanie powinno trwać ok. 40 min. Po prostu nie wytworzyła się jeszcze kultura w tym zakresie, ale nie ma się co dziwić, skoro elektryki nie są jeszcze powszechne. Ten stan rzeczy zmusza nas do ładowania samochodów w domowych warunkach. Jeśli jednak nie masz domku jednorodzinnego na przedmieściu, to będziesz niemiło zaskoczony, bo rzadko który deweloper stawia blok z garażem wyposażonym w ładowarki lub jest ich w podziemiach mało. Niestety ładowarki generują problemy z obciążeniem sieci elektrycznej w bloku i rozliczeniami lokatorskimi. Wracam więc do tego, co napisałem na początku artykułu - to nie jest wina samochodu, tylko naszej rzeczywistości. W Holandii, Danii czy Norwegii, tego typu problemy nie występują i miejmy nadzieję, że niebawem w Polsce również znikną.
Przyznacie, że auta elektryczne w Polsce nie mają łatwo. Zakup takiego samochodu trzeba zatem bardzo dobrze przemyśleć i być świadomym, że póki co, trzeba będzie mieć dużo wewnętrznej dyscypliny i zrozumienia żeby poruszać się takim wozem.
I jeszcze raz podkreślę, to nie wina samych samochodów, tylko infrastruktury. Pewną formą pocieszenia może być rzut okiem na historię motoryzacji, bowiem benzynę do pierwszych „automobili” kupowało się kiedyś w aptekach, a dopiero później powstały stacje paliw jakie znamy dziś. Z ładowarkami będzie podobnie.
CZY WARTO?
Samochody elektryczne, to nadal spory wydatek. ZOE, którym jeździliśmy, było wycenione na ok. 125 000 zł. Sporo, zwłaszcza kiedy pomyślimy, że za te same pieniądze możemy mieć każdy inny samochód z palety Renault, a jest w czym wybierać. Cena nie jest jednak przypadkowa, bo 125 000 zł, to maksymalna cena samochodu elektrycznego, na który można dostać dopłatę od państwa. Dopłata to 30% wartości, jednak nie większa niż 37,5 tys. PLN. Trzeba przyznać, że wtedy cena ZOE robi się znacznie bardziej atrakcyjna. Wciąż to dużo, jak na auto bez bajerów, ale trzeba przyznać, że mamy samochód, który świetnie sprawdzi się w mieści, którego utrzymanie nie będzie nas kosztowało krocie i które w pewnym stopniu przyczyni się do tego, że będzie nam się lepiej oddychało. Nie każdy liczy wartość samochodu w prędkości maksymalnej, czy czasie okrążenia na Nordschleife. Są kierowcy, którzy chcą bezproblemowo, tanio i ekologicznie poruszać się po mieście - właśnie dla takich ludzi jest Renault ZOE.
ZAPRASZAMY NA Taste of Cars