Długo zbierałem się do napisania tekstu o tym co zobaczyłem na własne oczy trzynastego maja na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu, a później w telewizji w bezpośredniej relacji z derbów w Gorzowie. Nie widziałem powodów, żeby się z tym spieszyć. Pomyślałem sobie, że czasami lepiej pewne rzeczy przemilczeć, przemyśleć, aby nie walnąć pod wpływem emocji głupoty, z której musiałbym się tłumaczyć. Jednak minęły prawie dwa tygodnie od tragicznej śmierci Lee Richardsona, a ja myślę to samo co w pechowy wieczór. Zdania na temat osób i wydarzeń nie zmieniłem, więc to co napisałem dzisiaj poniżej, napisałbym dokładnie tak samo 13. maja.
Działacze drużyn przepychają się w budce telefonicznej i dyskutują z sędzią. Lecą przekleństwa i wyzwiska. Jedni wypominają drugim, że wiedzieli od pierwszego biegu o śmierci Richardsona, a i tak chcieli objechać zawody.
Kibice skandują: „Jedziemy!” Jedni opuszczają stadion, drudzy rzucają obelgi na rywali. Wszystko słychać, wszystko widać na żywo w telewizji. Patrzę na to i nie wierzę. Wstyd, żenada. Dobrze, że to sport niszowy. Niewiele osób to widzi. Może tak bardzo po świecie się nie rozniesie…
Wstyd mi za zachowanie sędziego, któremu zabrakło jaj i nie potrafił w tak tragicznej sytuacji podjąć konkretnej decyzji. Zostawił ją zawodnikom. A oni podobno powiedzieli, iż chcą jechać dalej. Pytam się po co? Co nimi kierowało? Adrenalina? Amok? Zwyczajna głupota? Wiele stracił u kibiców tego dnia Tomasz Gollob. Zamiast być wzorem i przykładem dla reszty kolegów i zakończyć ten spór, to stał w parkingu, przekrzykiwał się z innymi i kalkulował co robić dalej: „Kolejny bieg jedziemy na 0:0, później znowu, a później kończymy”. Kogo obchodzi wynik? Kto w tym momencie myślał o ściganiu? Każdy normalny kibic żużla był w tym czasie myślami gdzie indziej.
Przez trzy lata pracy na Stansted wpadłem tam na wielu żużlowców. Wiadoma sprawa. Przecież latają non stop między Polską, Anglią, Szwecją… Parzyłem kawę Ząbikowi, Skórnickiemu, Watt’owi, Kennet’owi, Harrisowi i Richardsonowi właśnie. Zawsze odkładałem dla nich świeże jedzenie, choć miałem obowiązek podać im stare, żeby się go pozbyć i zarobić. Niby trochę nie fair w stosunku do innych pasażerów, lecz w podrzędnej knajpie na lotnisku nie można grać fair play. Tu trzeba chronić znajome twarze i idoli przed niestrawnością.
Z każdym mogłem zamienić kilka słów. Ludzie raczej otwarci, sympatyczni. Lee też. Na początku byli nieco zaskoczeni, że ktoś ich rozpoznaje i pyta o ostatni mecz. Przecież na takim lotnisku są anonimowi, a w dodatku speedway na Wyspach to kompletna nisza. Jednak jak mówiłem, że jestem z Polski to przestawali się w ogóle dziwić. Dla mnie nie ma żużlowców anonimowych. Śledzę ten sport dwadzieścia lat i nie jestem w stanie obok zawodników przejść obojętnie. Nawet jak spacerują po terminalu w oczekiwaniu na samolot. To mały światek. Taka prawie rodzina. W moim rozumieniu 13. maja nie zginął jakiś facet w białym kasku. Stracił życie były mistrz świata juniorów, który wpadał na „małą czarną” i przyprowadzał kolegów, bo wiedział, gdzie zagada o żużlu i zje bezpiecznie. Tylko tyle. Ale dla mnie aż tyle.
Zwyczajne zrozumienie, szacunek i zachowanie fair play. Czasami zawodnika więcej dobrego może spotkać na lotnisku od obcych niż na stadionie od całej żużlowej braci. Bo w tym sporcie nie ma żadnych świętości. Ludzi nie stać nawet na chwilę zadumy, drobne gesty. Liczą się przecież tylko derby.
I to za wszelką cenę.
