Co można robić w sobotni wieczór, gdy przyjaciele znajdą sobie innych przyjaciół? Gdy dziecko zrobi sobie przerwę w uprzykrzaniu nam życia a drugą połówkę rozboli głowa? Można obejrzeć telewizję. Pisząc “Obejrzeć telewizję” mam na myśli obejrzenie jakiegoś show. Przecież nie dobrego filmu, bo “dobrego” to ostatnio w kinach nawet brakuje...

REKLAMA
Zostaje nam zatem Tefałen pod wezwaniem Edwarda Miszczaka i program “X-Factor” im. Kuby Wojewódzkiego. To widowisko ma rządzić w sobotnie wieczory. Niestety, mogą się to okazać rządy liche. Druga edycja światowego hitu pokazuje, że rodzime wersje światowe nie są. Nie są nawet Polskie, nasze. Są nijakie. Niczyje. A powód jest dość prosty.
Przepraszam, bo może obrażę teraz fanów programu, czyli rodziny uczestników. Czyli 40 osób. Ale Polacy nie mają faktora “X”! Bo faktor “X” to nic innego jak polskie “to coś”. A to naprawdę dużo. Może nawet wszystko. “To coś” powoduje, że patrzymy na uczestnika i chcemy uprawiać z nim seks. Że jak go słuchamy, to uśmiechamy się zlizując z ust słone łzy. Że przez nasze ciało przechodzą dreszcze. Że w głowie mamy myśli, o których wstydzimy się powiedzieć na głos, ale robimy to. “To coś” u artysty sprawia, że idziemy do Empiku i wydajemy te cholerne, ostatnie 32.99, gdy do wypłaty jeszcze tydzień. Że jak potem słuchamy krążka w samochodzie, to otwieramy okna, aby inni usłyszeli, że słuchamy. Czegoś, co uważamy za “coś”.
Uczestnik “X-Factor” powinien zatem być idolem. Ważną tak dla nas osobą, że mając 30 lat na karku, sięgamy bezwstydnie po “Bravo” i szukamy z nim plakatu. To jest “X-Factor”! To 70 gramów zapatrzenia się i 30 zażenowania. Pierwszym chcemy molestować innych, o drugim zapominamy. I to jest przepis na kogoś, o kim w 2004 roku pomyślał Simon Cowell, gdy wymyślił formułę “X-Factor”. W tym felietonie nie chodzi o to, aby wyśmiać, poniżyć. Chodzi tylko o prawdę. Dziś mamy Annę Antonik i Dawida Podsiadło. Kiedyś mieliśmy Andrzeja Zauchę i Edytę Górniak (przepraszam, Edytę wciąż mamy). Dziś mamy “X-Factor” tylko z nazwy, kiedyś istniały namacalne dowody na jego istnienie. Bo gdybyśmy dali sobie wmówić, że program ma naprawdę wartość, że ma przełożenie, to dziś Michała Szpaka musielibyśmy nazwać następcą Czesława Niemena a Gienka Loskę drugim Ryśkiem Riedlem. A nikt tego nie robi. I chyba nie z przekory.