Sopot Festival powrócił. Niestety, zamiast mówić o "wielkim powrocie na scenę" możemy mówić o katastrofie. Dlaczego jest tak źle i w końcu - dlaczego trzeba legendę ratować?

REKLAMA
1. Eurowizja? Nie, dziękuję
Sopot Festival to nie Eurowizja. A niestety, byliśmy świadkami święta kiczu i muzycznej rozpaczy. Jeżeli kogoś uraziłem, bo muzycznie został zaspokojony to przepraszam. Ale to autorski blog, więc pozwolę sobie na subiektywną ocenę. Ja wiem, że taki festiwal to nie Opener i nie oczekuję muzyki z dobrej, wyższej półki. Ale to nie znaczy, że Polacy to muzyczni imbecyle i można im wciskać kawał zjełczałego mięsa. Nawet miłośnicy biesiadnej muzyki by się na to nie nabrali. Jednym słowem - LIPA.
2. Forma a treść, czyli “A idź pan”
Nowa formuła sopockiego festiwalu to europejska wersja dobrze przyjętego “Top Trendy”. Zasada jest prosta: artyści, którzy sprzedali najwięcej płyt, występują na jednej scenie. Tu się kończy teoria. A tam gdzie pojawia się praktyka pojawiają się nudności. Muzycznie nie było najlepiej, ale forma to już totalny kataklizm. Molest zmysłów. Zacznijmy od kiczowatych plakatów, które przypominały ulotki klubów karaoke. Nazwa imprezy “Top of the top” też mierzi. Przypomnę, że dalej mówimy o Sopot Festivalu, legendarnym niegdyś wydarzeniu a nie o imprezie z manieczkami. I na koniec scena. Tu świeciło wszystko: schody, dach, ludzie. Wszędzie migoczące światełka, jakieś śmieszne oprawy graficzne - jednym słowem przerost formy nad treścią zwanym dalej KOSMOS. Efekt? Ludzie na widowni wyglądali mniej więcej tak:
logo
internet

3. Profanacja Sopotu
Festiwal w Sopocie to nie tylko scena i artyści. Przez wiele lat to był styl życia. Dni, w których Sopot zamieniał się w prawdziwą stolicę muzyki popularnej (nie złej, po prostu popularnej). Opera Leśna, która dziś przypomina statek kosmiczny, niegdyś była miejscem muzycznych wydarzeń, zakulisowych romansów i skandali. No i sama nazwa “opera” mówiła dużo. Zarówno o miejscu jak i o ludziach tu występujących. Festiwal w Sopocie to także Grand Hotel, popularny “Monciak” i najważniejsze: LUDZIE. Kiedyś, zarówno mieszkańcy miasta jak i artyści z dumą mówili o festiwalu, chcąc się z nim utożsamiać, być jego częścią. Dziś, wszyscy umywają ręce. Bo obecny Sopot Festiwal to kiepski produkt. Telewizyjne przedstawienie gorsze od fabuły “Mody Na Sukces”.
Czesław Niemen - Dziwny jest ten świat (Sopot 1967 - live)
4. Co nagle to po... Sopocie?
Tegoroczny Sopot Festival był nieudany. Nie chodzi o pastwienie się nad Polsatem, który był współorganizatorem, ale o powiedzenie głośno, że była to katastrofa. Przecież Polsat nie jedną taką imprezę organizował i doświadczenie ma. Co zatem poszło nie tak? Winowajcą jest czas, a dokładnie jego brak. Cały festiwal był robiony w pośpiechu, a co za tym idzie, było zbyt mało czasu na jego przygotowanie. Faktem jest, że wiele spraw zostawiono na tzw. koniec. Ekipa (np. prowadzący) do ostatnich minut nie wiedziała, co, z czym, i za ile. Chaos, na który tak duża stacja jak Polsat nie może sobie pozwolić. Ktoś powie "Eeee tam. Z igły widły". Ok, tylko, że dla jednych to festiwal rozmiarów przysłowiowej igły, dla innych to ważna impreza (mieszkańcy Sopotu?). To już nie czasy samowolki, gdzie każdy robił co chciał. Dziś, powinniśmy wymagać od telewizji i organizatorów 100% zaangażowania i brania odpowiedzialności za niepowodzenia. Bo "SF" to już nie tylko impreza lokalna, ale wizytówka kurortu, a może nawet całej Polski.
5. Na koniec - Panie prezydencie Sopotu, robota czeka
Może nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że festiwal w Sopocie to produkt, który musi być transmitowany w telewizji. Ok, to zrozumiałe, i nikt z tym faktem nie będzie walczyć. Problem polega na tym, że Sopot Festival nie ma jednej formuły! Każda telewizja, która zakupi prawa do jego organizacji, robi co chce! W TVN było inaczej, w Polsacie już zupełnie od czapy. TVP była najbliższa początkowym założeniom festiwalu. Dalej. Telewizje dobierają sobie sponsorów jakich chcą, czyli np. producentów kiełbasy, co odbiera uroku (nie oszykujmy się, kaszanka sponsorem???), żonglują nazwą “Sopot Festival” ale mają prawo modyfikować tę nazwę i na końcu - mogą zmieniać formułę konkursu. Tu, powinien nogą tupnąć prezydent Sopotu i oddać festiwal mieszkańcom a odebrać go wielkim koncernom. To Sopot powinien dyktować warunki, mówić jak ma festiwal wyglądać i wymuszać na telewizjach dostosowanie się do JEDNEJ FORMUŁY. Bo na razie to jest tak, że festiwal ma ten, kto ma pieniądze, co nie zawsze idzie w parze z rozumem. Panie prezydencie Karnowski - czeka Pana sporo pracy.