
W dzień premiery "Obławy" rozmowa z autorką programów filmowych, stałą bywalczynią kin Karoliną Korwin Piotrowską. Mówi, że nie jest krytykiem filmowym, a widzem. Poleca tylko dobre kino, jak to z kolekcji „Rebel, Rebel”. I jeszcze jedno – jej się oszukać nie da.
REKLAMA
Tomek Golonko: Oglądała Pani "Bitwę pod Wiedniem"?
Karolina Korwin Piotrowska: Tak, niestety. Byłam na normalnym seansie, zapłaciłam za bilet, na sali było 6 osób i tylko ja jedna dotrwałam do końca. Bo musiałam.
T: I jak reagowała publiczność licząca 6 osób?
KKP: Sporo się chichrali i to w tych niby podniosłych momentach. Wszyscy wyszli w połowie filmu. Pierwszy raz w życiu widziałam coś takiego. To strasznie dłuuugi film :-)
T: Może my się nie znamy na filmach? Źle oceniamy „Bitwę…”?
KKP: Znamy się chyba lepiej od tego producenta. Gołym okiem widać partactwo na wszystkich niemal polach. To, obiektywnie rzecz biorąc, fatalna filmowa robota. Student pierwszego roku Filmówki zrobiłby to lepiej. Nie ma sensu o tym już dyskutować, bo tylko robimy reklamę czemuś tak złemu.
T: Ten film przyczynił się na pewno do tego, że znów się o kinie rozmawia. Co jest dobre, a co nie.
KKP: Ja bym wolała, żeby bardziej rozmawiało się o tym, że jest sporo wybitnych filmów polskich ostatnimi czasy. Lubimy się wyzłośliwiać, a nie zauważamy, że jest coraz więcej świetnych produkcji
T: Świetnych, czyli których?
KKP: Kiedy widziałam „Różę” czy „Czarny Czwartek” słychać było na sali kinowej, jak z kubków coli wylatują bąbelki powietrza, tak było cicho. Podobnie, kiedy poszłam na „Erratum” czy film „Kret”. Podobnie „Lęk Wysokości” - to film niesłychanie mocny, prawdziwy. Sala była jak zahipnotyzowana.
T: A teraz?
KKP: Teraz jest "Jesteś Bogiem"- film ponadpokoleniowy, na który idą dzieciaki, ich rodzice i dziadkowie. I oglądając go, czuje się jak na stadionie. My robimy coraz lepsze filmy. I o tym trzeba pisać. Może nie grają w nich aktorzy z telenowel, załatwiający swoje potrzeby na ulicy, ani panie z całkiem nowymi ustami i twarzami, ale to nie powód, żeby o tym nie pisać. Czeka nas „Obława”, „Miłość”, „Mój rower”, „Pokłosie” i „Dzień kobiet”. Na te filmy czekam bardzo. I jeszcze „Nowhere” Szumowskiej. Mamy bardzo dobre seriale, „Bez tajemnic” ma poziom światowy. Dobre są: „Misja Afganistan”, „Lekarze” czy nieustannie - „Czas honoru”. To nie jest tak, że wszystko jest do luftu.
T: O dobrych filmach też się pisze. Ale my lubimy, jako naród, wytknąć wszystko, nawet błąd, literówkę, przecinek. Jak jest okazja, to i cały film się wytknie.
KKP: To nie mój problem. Tylko Narodu. I mediów, które wolą pisać o gównianym filmie niż o wybitnym. Dla mnie to skandal. Dowód na ową „tabloidyzację” i głupotę. Ale nie widza, tylko mediów.
T: Może My nie wiemy, nie jesteśmy wyedukowani, co jest dobrym kinem, a co złym. Idziemy na to, co nam się poleca w reklamówkach, na plakatach?
KKP: Jeśli chodzi o edukację, jest strasznie, to prawda. Sama pamiętam, jak ustawiając jedną redakcję spotkałam dziewczynę, która chciała być krytykiem filmowym, a nie wiedziała, kto zrobił film „Powiększenie”. Poza tym, polska krytyka filmowa jest nieobiektywna. Czy widział Pan jakąkolwiek krytyczną recenzję "Bitwy" w mediach, które były patronami filmu? Nie. Nadal wciskano ludziom kit, między innymi na stronie głównej Onetu, że to ważna produkcja, którą może krytycy zjechali, ale przecież zobaczyć trzeba, bo Hoffmana i jego „Potop” też kiedyś zjechali… To policzek dla Hoffmana. Śmiech na sali. Widz nie ma skąd brać drogowskazu.
T: No właśnie, ludzie się nabierają, bo nie znają mechanizmów.
KKP: A kto inteligentny wierzy reklamom? Nie bądźmy dziećmi. Jak dają się nabierać, to trzeba im uświadamiać, że wydadzą pieniądze na byle co.
T: Nie każdy wie, że są patronaty, że jak się poleca w porannym programie film, to jest to patronat.
KKP: Cala nadzieja w obiektywnych, niezależnych krytykach i mediach. Jeśli słyszę w śniadaniówce, jak mi jakaś wypomadowana panna czy chłopina wciska kit, że film jest świetny i muszę go zobaczyć, to wiem, że nie pójdę. Tym bardziej, że wiem, że ta panna czy chłopina ma o filmie pojęcie mniejsze niż mój pies i może mi, co najwyżej polecić psychoterapeutę, ale nie film.
T: Trzeba uświadamiać polskiego widza?
KKP: Może trzeba. Że nie wszystko to, co widzą w tak zwanych „kącikach kulturalnych” jest warte cokolwiek? No i trzeba walczyć. Robiąc program filmowy w TVN Style, przewalczyłam, żeby móc powiedzieć otwarcie, że "Och Karol 2" to totalny szajs. Rozumiem, że nie każdemu się chce. Mnie, póki co, nadal się chce.
T: Już Pani programu nie robi?
KKP: Zdjęli go. Nie wiem do końca dlaczego, bo miał dobrą oglądalność i wierną widownię. Ale nie mnie z tym dyskutować. Lubiłam robić ten program. Wiem, że ludzie go bardzo lubili, mam nieustanne pytania, kiedy on wróci. Był mniej więcej taki, jak chciałam, choć czasem kazali mi polecać na przykład kreskówki, których nienawidzę.
T: Może Pani zacząć znów robić taki program. Zna Pani świat filmu, krytyków. Możecie zacząć działać, edukować. Róbcie to!
KKP: Zamierzam. Zapewniam Pana. Nie podepnę się pod krytyków, bo nie nazywam siebie krytykiem filmowym. Sama coś zmontuję. Jest na to czas. I nie muszę liczyć na łaskę telewizji, by to zrobić tak jak chcę JA, a nie ktoś, kto myśli, że wie wszystko. A nie wie.
T: Jest jeszcze „Film”, ale dla przeciętnego Kowalskiego to dość droga inwestycja w edukację.
KKP: „Film" się chyba kończy. To, w jaki sposób pozbyto sie Jacka Rakowieckiego jest dla mnie skandalem. Ale jest internet. Tam schodzi ta prasa, pisanie o filmach w ogóle. Tak jest na świecie, powoli i w Polsce.
"In your Fejs" to cykl wywiadów przeprowadzonych z ludźmi kultury, mediów i show-biznesu na facebookowym czacie.
