
Kino Kultura. Krakowskie Przedmieście w Warszawie. Z sali Rejs wychodzę ja i dwójka moich przyjaciół. Płaczemy. Płaczą prawie wszyscy. Oczekujący na kolejny seans w dobrych humorach. Do momentu, gdy widzą nas. 50 osobową grupę bladych, przerażonych i do kości przepełnionych smutkiem ludzi. W naszych oczach zobaczyli cały film i uwierzcie - już mieli dość. Scena jak z filmu. Najgorszego w dobrym znaczeniu słowa "najgorszy". Tak było po obejrzeniu "Miłości".
REKLAMA
Zacznijmy od tego, że główni bohaterowie spodziewają się dziecka. Ale coś jest nie tak, bo ona bardziej z twarzy wygląda na chorą. Początek filmu, a my już jej nie lubimy. Jakaś głupia, z dziecka się nie cieszy - słyszę kobiecy głos na sali. Myślimy podobnie. Potem bohaterka zostaje zgwałcona i zaczynamy jej współczuć. Głupiejemy. Pierwsze minuty filmu, a my tracimy rozum. Film się rozkręca. Pędzi, nabiera niebezpiecznego tempa. Swoje "nielubienie" przelewamy na gwałciciela. O mężu nie myślimy. Nie mamy czasu. Przed widzem kolejne 90 minut. Scen tak mocnych, bolesnych i niestety prawdziwych, że chce nam się wymiotować. I będzie się chciało jeszcze z dwa, może trzy razy.
Już miałem dość. Wychodziłem. Zatrzymała mnie scena, w której matka głównego bohatera umiera na raka. Umarłem wraz z nią. Tak dobrze to było zagrane. W życiu nie widziałem czegoś takie na oczy. To w tym momencie płacz powoduje ból. Powoduje, że kulimy nogi i wtulamy się w fotel. Jak dzieci. W obliczu TEJ sceny każdy widz staje się mały.
Przychodzi czas na męża. Wracamy do niego w połowie filmu. Przestaje być nam obojętny. Rola Dorocińskiego będzie kolejnym powodem, dla którego znienawidzimy ten obraz. Uwierzcie, będziecie chcieli bohaterem z początku potrząsnąć. Potem będziecie go żałować, by w końcu dopuścić do siebie myśl, że to psychol, który prawie wykończył żonę. Najgorszy typ, którego macie ochotę zabić.
Co mi zostało po tym filmie? W głowie nic, zero przemyśleń. W sercu jednak coś pozostało. 105 minut "Miłości", której nigdy nie chciałem. I cisza, która zastała nas, widzów pod sam koniec. Bardzo wymowna. Będąca najlepszym komentarzem.
