ZUS, KRUS, FUS, OFE, IKE, IKZE – skróty od magicznych rozwiązań, dzięki którym będę miał spokojną emeryturę mnożą się z roku na rok. Państwo ma wiele sposobów na zapewnienie mi spokojnej starości i poprawienia jakości życia. Ja mam do polityków tylko jedną prośbę – niech już mi nie pomagają!

REKLAMA
Polski system emerytalny przywodzi mi na myśl klasyczną polską prowizorkę – coś się zepsuło, więc użyjemy taśmy klejącej. Jak się znowu popsuje, to wystarczy jeden drucik i jeszcze jakiś czas damy radę. Urządzenie wymienimy na nowe, dopiero jak się rozleci na kawałki. Jeśli potrzebujemy części do innego urządzenia, to mały demontaż nie zaszkodzi, pod warunkiem, że z daleka nie będzie widać. Dokładnie takie zabiegi dokonywane są na systemie, który nie ma racji bytu przy demografii Europy XXI wieku. Po zmianach systemu z ostatnich lat (OFE dobre/OFE złe) i sytuacji makroekonomicznej świata (bańka internetowa, Lehman Brothers, Grecja i cdn.) naprawdę nie przywiązuję wagi do wieku emerytalnego, który jest w zasadzie umowny. Muszę się o emeryturę i tak zatroszczyć sam.
Drugi filar, czyli Otwarte Fundusze Emerytalne, były - zdaniem polityków - doskonałym rozwiązaniem, kiedy ludzie musieli dokonać wyboru: czy chcą pozostać przy starym rozwiązaniu czy pomnażać swoje pieniądze przez OFE mając wizję leżenia pod palmami (pamiętamy reklamy z emerytami w ciepłych krajach!). Ludzie dokonali wyboru, podpisali swego rodzaju umowę społeczną z Państwem. Po latach OFE okazało się za drogie i wadliwe, więc umowę częściowo zmieniono, jednak bez podpisu jednej ze stron. Jaką w takim razie mogę mieć pewność, że za kilka lat OFE nie znikną całkowicie i ich miejsca zajmą kolejne instytucje, które już na pewno dadzą dużo zarobić? Nie chcę bawić się w prognozowanie, ale jeśli raz można dobrać się do OFE, to znaczy, że można to zrobić ponownie.
Spałbym spokojniej, gdyby pieniądze odkładane na emerytury były faktycznie fizyczną gotówką, wkładaną nawet do skarpety. Tymczasem, to co „odkładam” na emeryturę to jej wirtualny zapis – gotówki tam nie ma. Moje dzieci, które może kiedyś będę miał (a może nie, bo wskaźnik dzietności mamy w ścisłej światowej czołówce, ale od końca), będą musiały zarobić na moją emeryturę. To również jest przyszłość tak odległa, że światowa gospodarka przeżyje do tego czasu kilka kryzysów i sam rynek może zweryfikować moje poglądy na emeryturę. Nie wiem nawet w jakiej walucie będzie mi ona wypłacana. Teoretycznie podejrzewam euro, ale obserwując stan zadłużenia Europy i perspektywy naszej „zielonej wyspy”, tu też nie dam sobie ręki uciąć.
Wiek emerytalny podnosi cała Europa – demografia wymogła tę zmianę i trudno z tym walczyć. Żyjemy dłużej, system jest zatem bardziej obciążony. Nie kłócę się z tą zmianą, ale ze sposobem jej wprowadzenia. Miałem przyjemność przeprowadzić w ostatnich tygodniach wywiad z prof. Hausnerem, który uważa, że stawiamy niewłaściwie cały problem. Nie chodzi o magiczne „67 lat i koniec”, ale o szukanie sposobów na aktywizację zawodową Polaków. Wolałbym, żeby ktoś w parlamencie posłuchał głosów profesorów niż prawie 2 mln Polaków, którzy podpisali się pod wnioskiem o referendum. W przypadku emerytur, zapytanie Polaków „czy chcecie dłużej pracować” jest tak samo mądre jak „czy chcecie mieć nielimitowany dostęp do tlenu”.
Czytając tekst Rafała Hirscha mógłbym się podpisać większością spostrzeżeń kolegi po fachu. Jest mi już wszystko jedno jaki będzie ostateczny wiek emerytalny. Ta magiczna liczba, o której mówią politycy ma największe znaczenie przy słupkach z poparciem politycznym, a nijak ma się do długoterminowej wizji. Jeśli kiedyś doczekam się faktycznej woli politycznej do poprawiania systemu i myślenia w kategoriach przyszłych pokoleń a nie najbliższych 4 lat, to mogę i pracować do 70. roku życia, oby tylko pozwoliło mi na to zdrowie. Obawiam się tylko, że prędzej doczekam się wybuchu kryzysu zadłużenia w Europie niż polskich polityków, którzy chcą wpisać się do historii, a nie tylko wikipedii.