Nigdy nie pozwoliłem szkole stanąć na drodze mojej edukacji - mówił Mark Twain. Zrozumiałem te słowa dopiero po latach od zakończenia szkoły. Dzisiaj widzę to wszystko zupełnie inaczej, zweryfikowane przez życie i rynek pracy. Szkoła i edukacja to dwie różne rzeczy, a tekst kieruję do ludzi młodych, jeszcze uczniów. Świat zmienia się znacznie szybciej niż system szkolnictwa.
REKLAMA
Widzę dzieci idące z plecakami do szkoły i zazdroszczę im beztroski. To chyba normalne, dorosłość jest przereklamowana. Jednak gdy czytam różne dyskusje o szkolnictwie to łapię się za głowę – rozmawia się jedynie o zawodzie nauczyciela i lekcjach religii. Rozmawiają wyłącznie ci, którzy szkoły skończyli kilkadziesiąt lat temu. Tak jak w przypadku reformy emerytalnej – najgłośniej krzyczą emeryci lub ci, którzy są dobrze zabezpieczeni finansowo. Pytaliście się kiedyś świeżo upieczonych absolwentów albo samej młodzieży?
Wczoraj o zlikwidowaniu gimnazjum mówił Jarosław Kaczyński , na Gazecie Wyborczej pojawił się również ciekawy list do przyszłych studentów żeby niekoniecznie wybierali się na studia. Dorzucam kilka swoich przemyśleń, z prawie już zapomnianych czasów szkolnych, może podzielą je uczniowie idący dzisiaj na rozpoczęcie roku szkolnego w całym kraju.
Przedmioty sporne: historia, ekonomia, religia, języki
Mniej lekcji historii? Serio? A może ograniczyć trochę naukę o pradziejach i cholernej Mezopotamii na rzecz historii współczesnej? Bez szukania teorii spiskowych, że to ustawa mająca na celu ogłupianie młodzieży albo europeizację – po prostu uważam historię za jedną z najważniejszych nauk, które kształtują człowieka i rozbudzają chociażby jego ciekawość wobec świata.
Kiedy słyszę pomysły polityków na skrócenie programu historii to zastanawiam się czy ktoś przeczytał w ogóle program nauczania albo skonsultował to chociaż z dowolnym nauczycielem historii. Niech posłowie zapytają swoje dzieci o ich lekcje. Podejrzewam, że wymienią faraonów i omówią bitwę pod Grunwaldem, ale nic nie mówią im daty: 56', 68', 70', 89'. Zazdroszczę uczniom, których nauczyciele zdążyli z programem na lekcjach historii. W większości przypadków kończy maksymalnie na II wojnie światowej. Okres PRL-u to dla ucznia czarna magia. Ciekawi świata będą czytać sami, na kierunkach humanistycznych studiów zderzą się z tą wiedzą już na pierwszym roku. Nie będzie to zderzenie przyjemne, bo pokaże co nauczyciele pomijali przez lata, a co ukształtowało chociażby sposób myślenia naszych rodziców.
Kiedyś na lekcji podstaw przedsiębiorczości (to tylko nazwa, przedmiot nie ma nic wspólnego z przedsiębiorczością) odpytywali z definicji inflacji i stóp procentowych. Regułki na pamięć, bez wnikania po co to jest. Tyle pamiętam, pod ławką przepisywałem pracę domową z matematyki, z którą miałem inny problem. Nie mogłem zrozumieć do czego przyda mi się po raz kolejny liczenie sinusa i cosinusa, tangensa i tego czwartego. Oczywiście siadałem z jedynką, bo nauczyciel ma zawsze rację. Od czasów szkolnych nie spotkałem się w życiu z tymi przydatnymi pojęciami. Muszę za to tłumaczyć orłom z matematyki jak działa giełda, jak się rozliczyć z fiskusem albo jak nie dać się nabrać Amber Gold.
Na języku angielskim nauczono mnie kilkunastu czasów, kilku trybów i gramatyki na poziomie literatury średniowiecznej Anglii. Dzisiaj czytam zagraniczną prasę, śledzę anglojęzyczne media i rozmawiam z ludźmi z całego świata. Wiecie co? Wszyscy używają 3 czasów! Podziękujcie nauczycielom, możecie po liceum oświecić np. Amerykanów, że ich język ma więcej tworów gramatycznych niż myślą. Oni ich wszystkich nie znają.
Religia? Temat głównie dla mediów i do dyskusji teoretyków. Oderwany od realiów szkoły. Porozmawiajmy lepiej o sporcie, bo dzieci przestają chodzić na WF.
Gimnazjum: ludzie ludziom zgotowali ten los
Na wstępie zaznaczę, że jest to absolutnie subiektywna ocena, oparta na własnym doświadczeniu i obserwacji. Tak się składa, że trafiłem akurat w reformę i miałem okazję przeżyć te wyjątkowe 3 lata, z których na szczęście już niewiele pamiętam.
Gimnazjum to największa porażka polskiego szkolnictwa. Reforma z 1999 roku dała nam twór, w którym powtarzamy program nauczania z podstawówki, który po 3 latach powtórzymy w liceum. Reforma skróciła liceum, które uważam za kluczowe w rozwoju młodego człowieka i dała młodym ludziom kolejny egzamin, o którego wynik nie zapyta nikt oprócz rodziców. Zgrane klasy rozpadają się i młodzież trafia do kolejnej szkoły, z której będzie musiała wyjść jak już tylko się w niej zadomowi. Nie znalazłem do dziś żadnego argumentu za wprowadzeniem gimnazjum. Może ktoś mnie oświeci, bo oddałbym te całe 3 lata za dodatkowy rok liceum, które uważam za najważniejszy okres w życiu. I uprzedzam – coraz lepsze wyniki gimnazjalistów to nie jest żaden argument.
Z kolei liceum przypada na wiek 17-19. Wtedy musimy decydować o kierunku na kolejne lata. Cytując jeden z moich ukochanych filmów, Dzień Świra - „Co za ponury absurd... Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem”.
Matura to bzdura
Na studiach egzaminy to czysta przyjemność w porównaniu z tym „tworem”. Jeśli można było skomplikować dostanie się na wymarzone studia, to ustawodawcy opanowali tę sztukę do perfekcji.
Interpretował ktoś kiedyś wiersz albo obraz? Facet patrzy się w okno. Co autor mógł mieć na myśli? Nie autor dzieła, nie, nie... autor klucza odpowiedzi. Każde zadanie ma klucz. Jeśli nie wpasujemy się w klucz, nie ma punktu. Możemy mieć rację, ale to nie ma znaczenia. Nie ma punktu, nie ma matury. Tak, to serio jest matura z języka polskiego.
Z kolei matura z historii to test, czytanie tekstów źródłowych i wypracowanie. Tu klucz jest jeszcze bardziej skomplikowany, bo ma 4 przedziały punktowe. Możemy mieć wnioski na 18 pkt, ale jeśli brakuje nam czegoś na pierwszym poziomie oceny to dostaniemy maks. 5 pkt. Jak we wnioskach o dotacje unijne – błąd w punkcie 1, czyli punktu 2 nie trzeba nawet czytać.
Przez 3 lata liceum uczniowie zamiast uczyć się przedmiotów, uczą się zdawania testów metodą ustawodawców, bo bez tego nie dostaną się na studia. Czym to się kończy? Rynek weryfikuje wszystko. Była potrzeba, narodziły się korepetycje. Nie wypowiem się o zarobkach nauczycieli, bo dopóki nie będą mieć kas fiskalnych w domach to nikt nie dowie się ile zarabiają. Uczniowie rozwiązują testy i płacą. Jak na prawo jazdy, byle zdać egzamin. I tak 3 lata i można iść na studia.
Studia to temat rzeka – nawet w USA wykształcenie przestało być gwarantem znalezienia później dobrej pracy, a tam edukacja kosztuje naprawdę potężne pieniądze. Tekst piszę dla uczniów, którzy jeszcze o studiach raczej nie myślą. Niech nacieszą się młodością i bzdurnymi egzaminami z wiedzy ogólnej zanim przejdą do bzdurnych egzaminów z wiedzy specjalistycznej. Na wszystko jest czas i miejsce.
Po kilkunastu latach edukacji nauczyłem się, że dobre oceny niczego nie gwarantują, podobnie jak złe niczego nie przekreślają. Studia nie dają żadnej gwarancji pracy, nawet jak ma się ukończonych kilka kierunków. Steve Jobs nie skończył żadnego, a Apple jest dzisiaj najlepiej wycenianą firmą na świecie. (tak, strasznie oklepane, ale działa na wyobraźnie)
Z okazji początku roku szkolnego, uczniom życzę dobrej zabawy i chęci do edukacji (nie mylić ze szkołą). Trzymam kciuki żeby nikt nie wpadł na pomysł kolejnej reformy, która jeszcze bardziej popsuje to, co i tak nie działa już od lat sprawnie.
Tomasz Jaroszek
