Jakiś czas temu czytałem, że lemingi mają problemy ze zdrowiem i popadają w depresję. Uśmiechnąłem się pod nosem i wróciłem dalej do pracy. Dzisiaj, z poziomu kozetki u terapeuty, przyznaję się do błędu. Jeden telefon od telewizji zmienił wszystko.

REKLAMA
Prolog
Dawno, dawno temu, w Uważam Rze pojawił się artykuł, po którym coś we mnie pękło. Zgodnie z zamieszczonym w numerze „Alfabetem Leminga” zacząłem się zastanawiać czy sam nim jestem. Dostałem masę odpowiedzi od przeróżnych czytelników. Do dzisiaj nie ustaliłem, czy się kwalifikuję. Wczoraj padł dowcipny pomysł nazwania w Miasteczku Wilanów jednego z rond – Rondem im. Leminga. Dzwoni telefon. Telewizja chce żebym się wypowiedział do kamery jako... zadeklarowany leming. Coś we mnie pękło po raz drugi...
Depresja leminga
Leżę na kozetce. Panie Doktorze, to bez sensu. Polska nam się podzieliła i nie da się tego odkręcić. Boję się mówić o polityce. Teorii spiskowych też się boję. Napisałem kiedyś tekst, później dzwoni telewizja, że jestem lemingiem i już. To już nie mogę zagłosować na prawicę? A może nawet jeśli jestem w duszy konserwatywny, to nikt mi nie uwierzy? Zaszufladkowali, jak zwykle. W tym kraju albo jest się na czarno albo na biało. A jak raz człowiek się przyzna do poglądów, to już koniec. Słuchaliście prof. Brzezińskiego? Dla połowy Polaków mądry człowiek, dla drugiej połowy zdrajca. I koniec, zaszufladkowali na amen.
Panie doktorze, może to rozdwojenie jaźni? Pytam, bo w niedzielę byłem na marszu, a właściwie na dwóch. Nie mogłem się zdecydować jakim jestem Polakiem, bo powiedzieli w mediach, że patriotów jest kilka rodzajów. Ja głupi myślałem, że jak kocham swój kraj to już wystarczy.
Najpierw szedłem za Prezydentem. Słońce świeci, ludzie zadowoleni, Prezydent macha po amerykańsku, ochrona krąży wokoło, a mniejsi rangą politycy przepychają się, walcząc o miejsce. Ludzie byli, ale jakby mniej zaangażowani. Wyszli na niedzielny spacer, przeszli się i poszli. A mi ciągle patriotyzmu mało.
Marsz Niepodległości to jest dopiero wydarzenie. Tłumy imponujące, idę na początek, będę lepiej widział. No i mój patriotyzm musiałem schować pod kapturem, dosłownie. Setki zamaskowanych kiboli, race, petardy. No nic, przecież za nami są tysiące ludzi z flagami, całe rodziny – czyli będzie dobrze. Mój patriotyzm ochłodziły na dobre przyśpiewki o policji, dym z rac, policyjny gaz i fruwające kawałki chodnika. Jednak będę patriotą z drugiego rzędu.
Rozmawiałem przez cały czas z ludźmi. Podchodziłem, zagajałem. Dowiedziałem się, że dalej jest komunizm, Putin rządzi krajem. Na koniec wszyscy dowiedzieliśmy się, że jesteśmy na wiecu politycznym nowego ruchu na polskiej scenie. Cholera, nawet w Święto Niepodległości Polak Polaka zrobił na szaro.
Nerwica leminga
Panie doktorze, wkurza mnie wszystko. Powiedziałbym dosadniej, jak Pan Frasyniuk w Polsacie, ale boję się, że mnie ktoś kiedyś nagra i na YouTube wrzuci. Co mnie wkurza? Politycy na przykład – gadają o pierdołach, ganiają za krzyżem po całym Sejmie, głosują jak im asystent napisze i jak się czasami pomylą, to robi się dyskusja o wolności poglądów. Cholera, jak oni nie mają pojęcia o wielu rzeczach to o jakiej wolności mowa? Przykładowa dyskusja: dwóch polityków kłóci się o budżet unijny. Obaj nie mają pojęcia jak działa system finansowania, nie padają liczby, dane, nic. Ten pierwszy mówi, że Premier kłamie, a ten drugi, że ten pierwszy kłamie. Kto pierwszy krzyknie „skandal” - przegrywa starcie.
Nie, Panie doktorze, nie będę rozmawiał o Smoleńsku. Każdy o tym mówi, absolutnie każdy. Nic tak nie podzieliło Polaków. Rok temu przy stole wigilijnym nawet rodzina mi się pokłóciła czyja to była wina. Dopóki nie będzie oficjalnych ustaleń, to milczę. Męczy mnie tylko jakim cudem w XXI wieku, w kraju członkowskim NATO i UE po 2,5 roku od katastrofy "trwa dyskusja". Panie doktorze, dyskutować to będą mogły moje wnuki na ten temat. Tu trzeba było działać.
Boję się
Czym ja się zajmuję? No media robię. Ale wie Pan, niszowe – gospodarka, ekonomia, finanse, giełda. Dopóki jakiś prezes banku nie nagra piosenki z Dodą, to raczej oglądalnością nie poprawię sobie nastroju. W Polsce ludzie nie chcą wiedzieć więcej o pieniądzach. Chcą je dostać na koniec miesiąca. Jak kurs franka leci w górę, to wina banków, że dawały kredyty. Jak OFE tną, to na pewno złodzieje, ale nikt nie wie nawet jak to działa.
Panie doktorze, ja się boję. Boję się jadu polskiego, że mnie w końcu ktoś opluje na ulicy, bo trzymam w dłoni nie ten tygodnik co trzeba. Redaktora Terlikowskiego się boję, bo jak pojawia się gdzieś jego cytat, to od razu mam poczucie, że grzeszę czytając artykuł do końca. Niech się Pan doktor nie śmieje, pełno jest ludzi, których można się bać. Bo nie można z nimi dyskutować. Oni wszyscy znają „prawdę”.
Boję się, że mój zawód przestanie istnieć. Albo gorzej – będę musiał pisać o celebrytach, skandalistach, lemingach i talibach. Bo jak liczy się klikalność to zamiast „ceny nieruchomości spadają” będę musiał napisać „deweloperzy popełniają samobójstwa” i dodać komentarz skrajny, np. „kościół nie pochwala samobójstw deweloperów.” Panie doktorze, ja nie przejaskrawiam – już ten tekst jest dowodem na to, że czyta się więcej o głupotach niż o realnych problemach. A ja dalej nie wiem czy mam o sobie mówić „leming”.
Epilog.
Czytelniku, jeśli doczytałeś ten tekst do końca, to zastanów się chwilę, czy coś z niego wyniosłeś. Czy ta durna dyskusja o lemingach/talibach/moherach wprowadziła coś szczególnego do Twojego życia? Śmiejmy się z tego albo... mam propozycję. Następnym razem, kiedy zobaczysz w tytule jedno z tych słów... zamknij komputer i sięgnij po dobrą książkę. Wyjdzie Ci to na dobre.