Grzegorz Schetyna w rządzie? Wydaje się, że z założenia to zły pomysł, bo czyż po to przez lata Donald Tusk marginalizował Schetynę, by teraz Ewa Kopacz miała go nagle znowu wnieść na rządowe szczyty? A jednak, to rozwiązanie ma sens.

REKLAMA
Najpierw ryzyko. Oczywiście Schetyna to twardy zawodnik, który na pewno nie zrezygnował z walki o przywództwo w Platformie. Nowa pani premier mogłaby się więc obawiać, że najpierw paznokieć, potem palec, a potem... no właśnie.
A jednak takie rozwiązanie ma sens. I to szczególnie, gdyby zdecydowała się na nie Ewa Kopacz.
Po pierwsze nominacja dla Schetyny na, na przykład, ministra infrastruktury, oznaczałaby, że Kopacz się Schetyny nie boi. To byłby więc dowód, że ma ona poczucie siły, a skoro tak, to postrzegano by ją jako silniejszą, a nie słabszą.
Po drugie, premier Kopacz pokazałaby tym jednym ruchem, że jest politykiem samodzielnym, i że bzdury opowiadają ci, którzy twierdzą, iż będzie sterowana przez Donalda Tuska. Skoro dałaby stanowisko człowiekowi, którego Tusk w rządzie nie widział, to znaczy, że decyduje ona i tylko ona.
Po trzecie, nowa pani premier wysłałaby jasny sygnał całej Platformie. Co było to było, teraz walczymy razem. Zapominamy o podziałach, a w każdym razie potrafimy je ignorować, jeśli wymaga tego sprawa.
Po czwarte, Schetyna w rządzie, to nie tylko spokój w PO. To pewność, że wybory szefa partii odbędą się po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Jeśli wygra je Platforma Ewy Kopacz, to ona pozostanie i premierem i szefem partii. Jeśli przegra, tym bardziej jeśli przegra wyraźnie, to raczej nic jej nie ocali.
Po piąte, Schetyna będzie wzmocnieniem rządu, jasnym sygnałem dla otoczenia, że mamy nie byle jaki rząd, który został po Tusku, ale ekipę mocną.
Schetyna w rządzie, jak powiedziałem, przez wielu może być uznany za nadmierne ryzyko. Z drugiej strony, jak powiedział o jednym ze swoich rywali jeden z amerykańskich prezydentów - lepiej by był w naszym namiocie i sikał na zewnątrz, niż odwrotnie.
Chęć marginalizacji oponentów jest poniekąd zrozumiała. Z drugiej strony siłą prawdziwego przywództwa jest to, że oponentów potrafi przyciągać i czyni z nich sojuszników. Tak uczynił, wiem, wiem, ryzykowna metafora, ale niech będzie - Abraham Lincoln, tworząc słynny Team of the rivals, drużynę rywali. Barack Obama też się nie bał powierzyć funkcji sekretarza stanu Hillary Clinton, z którą był "na noże".
Ewa Kopacz potrzebuje nie tylko otwarcia. Potrzebuje otwarcia odważnego, intrygującego i niespodziewanego. Takie otwarcie szybko unicestwiłoby sens zadawania pytania - "i kto tu rządzi?".