Jakże szybko mija pięć lat, czas, który w historii jest przecinkiem, a w polityce epoką. Pięć lat temu o tej porze spacerowałem po Polach Elizejskich z zazdrością patrząc na dziesiątki tysięcy młodych ludzi świętujących zwycięstwo Nicolasa Sarkozy'ego. Minąłem ekskluzywną restaurację Fouquet, nawet nie wiedząc, że w jakimś sensie to w niej, juz za kilkadziesiąt minut zdefiniuje się prezydentura Sarkozy'ego.

REKLAMA
To w niej świętował swe zwycięstwo razem z bogatymi i sławnymi, to od tego wieczoru miliony Francuzów nabierały przekonania, że jest prezydentem bogatych. To nie pomaga żadnemu przywódcy, w żadnym kraju, szczególnie we Francji z jej superelitarnymi uczelniami, ale i z przywiązaniem do egalite i fraternite.
W ostatni wtorek na tych samych Polach Elizejskich widziałem tłumy młodych Francuzów idących na wielki wiec Sarkozy'ego na Trocadero. Ale tym razem nie było w nich entuzjazmu i pasji. Było, owszem, przywiązanie do lidera, ale był i strach, że nadchodzi porażka, że tym razem ze zwycięstwa będą się cieszyć socjaliści, tak jak w 1981 roku po zwycięstwie Francoisa Mitteranda, na Placu Bastylii.
Ciekawe jednak, że szalonego entuzjazmu nie widziałem też w oczach dziesiątków tysięcy socjalistów, maszerujących od Port Royal w pierwszomajowym pochodzie. Bo socjaliści nie chcieli zmiany, dokładniej, chcieli głównie jednej zmiany - zmiany lokatora Pałacu Elizejskiego. W tych wyborach naprzeciw Sarkozy'ego stanął antySarkozy. Nazywał się Hollande, ale mógłby się nazywać inaczej. Hollande nie był Sarkozym, więc należało poprzeć Hollande'a. I popierano.
Nie, nie twierdzę, że Francois Hollande to przeciętniak, któremu kaprys historii i kryzys ofiarowały prezydenturę. Nie powiem też, że jest całkowicie pozbawiony charyzmy. Bóg raczy wiedzieć, choć Francuzom nie podobałoby się takie stwierdzenie z Bogiem w tytule, jakim prezydentem będzie. Na razie jest zagadką.
O tej zagadce można powiedzieć jedno - Francois Hollande będzie miał szansę zostać dobrym prezydentem Francji, jeśli szybko zapomni o dużej części swego wyborczego programu. Jasne, w kampanii można mówić, że stworzy się w sektorze publicznym 150 tysięcy miejsc pracy, w tym 60 tysięcy dla nauczycieli, że zwiększy się socjalne wydatki, a na końcu ma to dać redukcję deficytu. Ale, cóż, ce ne marche pas, to tak w praktyce po prostu nie działa. Albo albo.
Nie, Hollende nie musi być katastrofą dla Francji i Europy. Ale byłoby lepiej, gdyby zabrakło mu konsekwencji, którą miał Mitterand, próbujący swój program wcielić w życie. Francję kosztowało to dwa stracone lata, po których trzeba było wrócić do realnej ekonomii, w której 2 razy 2 jednak równa się 4, w której nacjonalizacja jest raczej źródłem kłopotów niż motorem rozwoju.
W środowej, fascynującej debacie prezydenckiej, Sarkozy wielokrotnie powtarzał, że Francja musi pójść drogą Niemiec, drogą wyznaczoną przez Schroedera i Merkel, drogą rozsądnych, ale jednak reform, drogą jednak odchudzania państwa, cięcia wydatków. Hollande'owi zarzucał, że chce pójść drogą Zapatero i Papandreau, czyniąc z Francji kolejnego chorego człowieka Europy, tyle że z bardziej opłakanymi dla Europy skutkami. Hollande zaprzeczał. Cóż miał czynić? Francuzi chcieliby pracować mniej i krócej, zachowując swe słodkie życie z wieczorami w restauracjach, z letnimi wakacjami w ClubMed i zimowymi w Meribel. Mais, encore, ce ne marche pas, jeśli budżetu się nie zbilansuje, deficytu nie obetnie.
Można mowić w kampanii, że wzrost wydatków zostanie zbalansowany przez wzrost wpływów z podatków, ale jak się dorżnie tych, którzy je płacą, to na bagietkę jeszcze starczy, a na fromage może już nie. Ok, ryzykowna metafora, na ser starczy, ale czy na dobre wino do sera też?
Co wybór Hollande'a znaczy dla Polski? Nie wiem. Miło, że kandydat socjalistów w gorącym czasie kampanii znalazł czas na przyjazd do Polski. Cenny gest. Już wtedy w marcu, mówiłem głośno, że niewybaczalnym faux pas jest fakt, że na spotkanie z Hollandem nie znalazł czasu Donald Tusk. Na takie afronty nie powinni sobie pozwalać nawet najwięksi tego świata. Merkel i Cameron sobie pozwolili, Tusk nie miał prawa. Berlinowi i Londynowi Hollande będzie musiał wybaczyć. Nam nie. Polskiemu premierowi nie.
Że stawiamy na Berlin? Słusznie. Tym bardziej należy dobrze żyć z Paryżem. Jeśli Donald Tusk marzy o karierze międzynarodowej, to właśnie zrozumiał, że prezydentem bardzo ważnego kraju został człowiek, który jego stronnikiem nie będzie. Jeszcze jedno. Czy zwycięstwo Hollande'a oznacza nadejście dobrych czasów dla euroepjskiej lewicy. Kto wie. Okaże się po pierwszych miesiącach jego rządów.
A w Polsce? PO i PIS od siedmiu lat ciężko pracują na sukces naszej lewicy. Ale szczerze mówiąc nie bardzo widzę kogoś, kto mógłby to wykorzystać. Nie mówię nawet o naszym Mitterandzie. Choćby o naszym Hollandzie.