Kilka tygodni temu - w tekście do naTemat - napisałem uczciwie, że w kwietniu chcę "złamać trójkę". Opatrzyłem to zastrzeżeniami, że trudno, że coś pewnie przed biegiem zaboli i takie tam. Ale skoro słowo się rzekło, to kobyłka... wiadomo.
REKLAMA
Biegłem dziś w Rotterdamie. Bałem się tego biegu (znowu alibi i zastrzeżenia), bo prognozy wskazywały na wiatr w okolicach 24-26 km/h. Za dużo. Ale trudno, wiatr nie współpracował, za to temperatura była idealna, taka jaką kocham w czasie maratonów: 14-15 stopni. I co? No i się nie udało.
Pobiłem swój rekord, ale "trójki" nie złamałem. Mój rekord z zeszłego roku wynosił 3.07.06. Dziś pobiegłem 230 sekund szybciej - 3.03.15. Biegło mi się cudownie, ale na 30-tym kilometrze zacząłem słabnąć. Wiedziałem, że nie ma sensu się szarpać, bo "trójki" i tak nie złamię, a mogę się zarżnąć totalnie. Wolałem przypilnować rekordu. To się udało. Teraz gmeranie w głowie i analizowanie. Dlaczego połowę maratonu przebiegłem w 1.28.55, a drugą ponad cztery minuty wolniej? Skąd to osłabienie - dość "skokowe" - po którym ostatnie 13 km było cierpieniem w stanie czystym? Nieważne. Do rekordu brakuje mi 200 sekund. Na każdym kilometrze muszę urwać 5. Kiedy ponowna próba? Jestem w takim stanie, że mogę tylko zacytować Scarlett z "Przeminęło z wiatrem" - pomyślę o tym jutro.
