Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

No to mieliśmy w piątek w Sejmie zadymę i pyskówkę, które mogły stworzyć wrażenie, że rząd z determinacja forsuje reformy, że w trudnych warunkach robi co może. I trochę tak jest. Powiedzmy, bardzo trochę. Bo przepchnięte dwie reformy chyba wyczerpują reformatorski zapał ekipy Donalda Tuska. Choć godne szacunku, stanowią więc wyjątek od normy. A normą w ostatnich tygodniach i miesiącach był brak reakcji PO i rządu na to, co się dzieje, ewentualnie reakcję spóźnione i rachityczne. Reformatorskie ustawy wpadły do Sejmu i trzeba było ich bronić. Rząd wyszedł więc z niebytu i zaistniał. Tak, z niebytu i hibernacji, bo ostatnio rząd jest, a jakoby go nie było.

REKLAMA
Wygląda na to, że rząd znalazł genialny sposób na powstrzymanie spadku swych notowań. Zniknął. Przecież nie może tracić poparcia coś, czego nie ma.
Za kilka dni minie pół roku od momentu, gdy premier Tusk wygłosił swoje expose. Jakoś jednak o tej półrocznicy i o jej obchodach cicho. Dziwne. W końcu żyjemy w kraju, w którym celebruje się nawet miesięcznice. Ale nie ma się co dziwić. Skoro ludzie nie widzą rządu, to o nim zapominają, a gdy zapominają o rządzie, nie pamiętają też o tym, by rząd oceniać.
Nie ma oczywiście jasności, czy rząd zniknął, bo kapitan Tusk dał rozkaz „zanurzamy się”, czy też zniknął sam tego nawet nie zauważając, w sposób poniekąd naturalny. Jeśli mamy do czynienia z tym pierwszym wariantem, to należy go uznać za całkiem logiczny. Premier zrozumiał, że ludzie nie wierzą, iż rząd coś dla nich zrobi, i że specjalnie go nie potrzebują, ale jednocześnie, że swe złości i frustracje przelewają z łatwością na kogoś, kto jest pod ręką i na oku. Wystarczy więc zniknąć ludziom z oczu. Słuszność tej strategii intuicyjnie potwierdzi każdy z nas, jeśli tylko przypomni sobie co robił, gdy w szkole nauczyciel wodził wzrokiem po klasie, by wywołać kogoś do tablicy. Co robił? Patrzył w dół wiedząc, że najważniejsze jest, by nie złapać kontaktu wzrokowego z belfrem.
Jak to działa w wariancie rządowym? Właściwie tak samo. Wiadomo, że błędów nie popełnia tylko ktoś, kto nic nie robi. Wniosek – należy nic nie robić. Minister, który coś powie, może popełnić gafę. Gdy ogłasza jakieś cele, może ich nie zrealizować. Gdy mówi, że coś zrobił, można go z tego rozliczyć. Ministrowie Donalda Tuska sprawiają wrażenie, jakby ich credo była skądinąd mądra myśl – jeszcze nigdy nie zaszkodziły mi słowa, których nie wypowiedziałem.
Taktyka premiera i rządu jest całkowicie zgodna z narodowym harmonogramem. Naród czeka na Euro, to i rząd się nie narzuca i w nastrój oczekiwania nie ingeruje. Wystarczy, że poczeka trzy tygodnie, potem kilka tygodni turnieju, potem wakacje, i tak to rząd kupi sobie święty spokój przynajmniej do września. Jakieś protesty mają być w czasie Euro, ale w czasie Euro jedynym realnym protestem może być ten przeciwko grze naszej reprezentacji w razie jej klęski.
Taktykę rządu niewidzialnego wzmacnia, pewnie jak zwykle nieświadomie, prezes Kaczyński. Prezes kopie rząd i Tuska non stop i za wszystko, więc efekt jest taki, jakby nie krytykował za nic. Krytyka absolutna sprowadza wszelkie zarzuty do absurdu, skoro zarzuty są absurdalne, to grzechy rządu są mało wiarygodne, a bezgrzeszny może być tylko rząd nierealny. Kaczyński odrealnia więc rząd Tuska, czyli robi to samo co Tusk.
Rząd niewidzialny Tuska może funkcjonować także dzięki wspomnieniu po aż nadto widocznym rządzie Kaczyńskiego. Polacy najwyraźniej wolą rząd niezdolny niż zdolny do wszystkiego. Ale nie tylko przykład Kaczyńskiego jest tu pomocny. Taki nadaktywny, cierpiący na polityczne ADHD, hiperprezydent Sarkozy właśnie wyprowadza się z Pałacu Elizejskiego. Za dużo go było, za dużo chciał, za bardzo się szarpał.
Może premier Tusk ma rację. Wziął się za podwyższenie wieku emerytalnego i od razu huzia na Józia. Jak się w zeszłej kadencji za takie rzeczy nie brał, to był spokój. A tu pretensje, że reforma za skromna albo zbyt śmiała, przeprowadzona za późno albo za słabo promowana.
Wiele wskazuje na to, że bilans półrocza mimo wszystko warto sporządzić. Dlaczego? Bo według wszelkiego prawdopodobieństwa bilans roku i dwulecia będzie bardzo podobny. Rząd chyba już się dość przy tym wieku emerytalnym naszarpał, dość napocił, dość zestresował, dość w skórę dostał. Okazało się, że upierdliwcy domagający się reform to garstka w zestawieniu z tymi, którzy reform nie chcą. Po cóż zbierać razy od większości w imię mniejszości, która i tak niemal zawsze jest niezadowolona?
Dziś nie widać więc ani jasno określonych celów rządu, ani nawet chęci, by je znaleźć i nazwać. Jest to nieuchronnym następstwem faktu, że nie widać samego rządu. I słusznie. Rząd widoczny i działający to wielki kłopot. I dla rządu, i dla obywateli.