Chcieliście dowód, to go macie, drodzy Państwo. Nie, życie nie jest sprawiedliwe, piłka też nie. Zacznijmy od tego, że ani Bayernu, ani Chelsea nie powinno być w finale.
REKLAMA
Jeśli ktoś zdecydował o takim finale, to ci, którzy postanowili, że najważniejszy mecz ligi hiszpańskiej, Real – Barcelona odbędzie się kilka dni przed rewanżami półfinałowej Rundy Ligi Mistrzow. Barcelona i Real zagrały więc, odpowiednio z Chelsea i z Bayernem, na ostatnich nogach. Efekt – choć obie drużyny prowadziły 2 – 0, obie poległy. I żeby było zabawniej, poległy za sprawą karnych przestrzelonych przez dwóch najlepszych zawodników na planecie, Messiego i Ronaldo.
Wczoraj powinien wygrać Bayern. Był lepszy. I co z tego? Nic. Kiedy Roben nie strzelił w dogrywce karnego, z Bayernu uszło powietrze. Potem kontuzja Ribbery'ego, wcześniej zszedł z boiska Muller, bo trener Heynckes myślał, że mecz jest wygrany i wolał mieć trzeciego stopera. Nagle zniknął zwycięski Bayern, pojawił się Bayern przerażony perspektywą klęski. W karnych szczęście było tuż-tuż. Ale tuż-tuż bywa wybitnie długą drogą do szczęścia.
Bohaterem wieczoru był Didider Drogba. Gol w 88 minucie, decydujący gol z karnego. To był najważniejszy mecz w jego karierze. Po raz pierwszy w życiu kibicowałem Chelsea. By tak się stało musiała grać z Bayernem, któremu nie będę kibicował nigdy. Dlaczego? Nie wiem. Ot tak.
Piłkarze Chelsea triumfowali. Niezasłużenie. A jednocześnie należało im się. Pamiętam finał w Moskwie, 4 lata temu. Wtedy to oni płakali. Teraz zostali wynagrodzeni za tamte łzy.
A tak w ogóle - wygrałem kilkaset euro w zakładach kilkudziesięciu ludzi, z którymi byłem na finale, obstawiłem 1-1, karne, a w nich 4-3 dla Chelsea. Zawsze zakłady przegrywam. Wczoraj mój los się odmienił. Jak los Chelsea.
P.S. Zdaje się że w ferworze emocji po pierwszej połowie wspomniałem o Alabie z Bayernu. Alaby nie było. Chodziło mi o Boatenga. Za rok finał na Wembley. Może w końcu przyjdzie czas na mój Real?
