Wynik wyborów parlamentarnych w Polsce oczywiście nie jest obojętny Moskwie. Jakiej ekipy chciałby w Polsce Kreml? To proste. Jak najbardziej antyeuropejskiej, mającej jak najgorsze relacje z Niemcami, izolowanej w Europie i z najbardziej spapranym w Europie wizerunkiem. Taką szansę daje wyłącznie zwycięstwo Kaczyńskiego i PIS-u.

REKLAMA
Jasne, jasne, przez lata słyszeliśmy, że PO, Tusk, Komorowski, Sikorski, a ostatnio Kopacz, prowadzili wobec Brukseli i Berlina politykę na kolanach. Przez lata słyszeliśmy, że rządzący Polską nie byli dość asertywni wobec Moskwy. Słyszeliśmy nawet, że Komorowski i Tusk, to zdrajcy, którzy współuczestniczyli w zamachu na polskiego prezydenta.
Efekt tej "polityki na kolanach" był (bo właśnie przestaje być) taki, że Polska miała w Unii Europejskiej tak mocną pozycję jak nigdy wcześniej, że uważano Warszawę za silnego, ale i rozumnego partnera, który stawia warunki twardo, ale nie na ostrzu noża, z którym można znaleźć kompromis, będący fundamentalną zasadą europejskiej polityki.
Oczywiście była i jest alternatywa dla tej polityki. Jaka była, to pamiętamy. Dzięki wysiłkom braci Kaczyńskich, Polska miała fatalne relacje nie tylko z Rosją, ale i z Niemcami. Europa nie postrzegała braci Kaczyńskich jako twardych, ale i poważnych graczy, lecz obsesjonatów, których polityka jest sterowana przez fobie, a to wobec Berlina, a to wobec Moskwy, a to wobec Brukseli. Tak złego wizerunku jak wtedy nie mieliśmy po 89-tym roku nigdy.
Może ktoś powiedzieć, co tam wizerunek, skoro grając twardo, wywalczyliśmy dla Polski to i tamto. Ale co dokładnie wywalczyliśmy? Poza pierwszą fazą rządów PIS, gdy premierem był Kazimierz Marcinkiewicz, a ministrem spraw zagranicznych, Stefan Meller, gdy sukces był, co Marcinkiewiczowi pozwalało krzyczeć "yes, yes, yes", było tylko gorzej, a potem już po prostu źle. Tak źle, że najbardziej prestiżowy europejski tygodnik, the Economist, pisał o Polsce Kaczyńskich, że stała się "pośmiewiskiem Europy".
I trudno, by było inaczej, skoro Kaczyńscy z pomocą pani Fotygi, potrafili wszcząć wielką, międzynarodową aferę, gdy marginalna niemiecka gazeta opublikowała niepochlebny artykuł o braciach i ich mamie. To wtedy prezydent Polski nie pojechał na szczyt Grupy Weimarskiej, a jego nieobecność tłumaczono oficjalnie dyspepsją, czyli po prostu niestrawnością. I to była istota naszej polityki, skrywające słabość i i kompleksy wymachiwanie szabelką, udawana asertywność, a w rzeczywistości, cóż, dyspepsja.
Asertywność tamtej ekipy była równie pozorna, co kosztowna. To wtedy bracia wpadli na pomysł, by uniezależnić Polskę od rosyjskiej ropy, kupując rafinerię w Możejkach na Litwie, która kupowała... rosyjską ropę. Na tej transakcji Orlen stracił kilka miliardów złotych. Była to najpoważniejsza strata państwa do czasu afery SKOK-ów.
Dziś Komorowskiego już nie ma, Tuska też, a Platforma ma wszelkie szanse, by przegrać wybory. Znowu słyszymy, że nasza polityka będzie twarda i nieustępliwa. Odpowiedzialny za sprawy zagraniczne u prezydenta Dudy pan Szczerski, mówił w wywiadzie w Rzeczpospolitej o warunkach, jakie Polska postawi Niemcom. Prezydent Duda już był w Berlinie. Pewnie przedstawił te warunku. Coś uzyskał? Ani widu, ani słychu.
Jest charakterystyczne, że idolem pana Kaczyńskiego i naszej prawicy jest Orban. Czym zyskał owe uznanie, poza zaprowadzeniem na Węgrzech zamordyzmu? Może przytulaniem się do Putina. A może tyradami o swej niechęci do liberalnej demokracji? A może krytyką Unii Europejskiej w sytuacji, gdy kumając się z Putinem, w praktyce ją osłabia?
I oto mamy sejmowe wystąpienie prezesa o uchodźcach. Pomińmy tu jego brednie o szariacie w Szwecji i Muzułmanach rządzących gdzieś w zachodniej Europie. Żadne wystąpienie polskiego polityka w ostatnich latach nie zrobiło nam w Europie i w Unii takich szkód. Nic nie załatwiliśmy, niczego nie osiągnęliśmy, Kaczyński zyskał jedynie kilka dodatkowych punktów poparcia u Polaków niechętnych obcym, wszelkim obcym. Straciliśmy w oczach Brukseli, Berlina i wszystkich najważniejszych partnerów w Unii. Kaczyński nie zaprezentował więc polityki asertywnej i prawdziwie silnej, ale słabą i realnie głupią.
Pomijam tu już wyborcze obietnice PIS-u, których realizacja w oczywisty sposób uderzy w naszą gospodarkę. Pomysły te są jakby kopią pomysłów greckiej Syrizy. Ale nie ma co się dziwić. Syriza i jej lider Tsipras też bardziej niż Brukselę wolą Rosję.
Mamy więc wielkie "szanse", by już za chwilę mieć w Polsce ekipę, która Europy i Unii Europejskiej szczerze (i wzajemnie) nie znosi. Ekipę, która będzie miała fatalne relacje z najważniejszymi europejskimi państwami, ekipę, której jedynymi sojusznikami na kontynencie będzie pan Orban i pan Fico, kolejny populista z sąsiedztwa, acz w łagodniejszym niż Orban wydaniu. Będziemy mieli ekipę, której lider jest owładnięty nienawiścią do Rosji, co Rosji znakomicie ułatwi odbudowanie wizerunku Polaka - bezmyślnego rusofoba. Będziemy mieli ekipę, która będzie miała fatalną opinię w Europie i zafunduje fatalny wizerunek Polsce. Zwycięstwo tej ekipy byłoby bardzo złą informacją dla autentycznych przyjaciół Polski i wielkim prezentem dla jej autentycznych wrogów.
Nie ma wątpliwości. Putin kibicuje Kaczyńskiemu. 25 października korki od szampana mogą strzelać nie tylko na Nowogrodzkiej, ale i na Kremlu.