Jeśli się zakochiwać, to kiedy jak nie w gorący czerwcowy wieczór. Gdzie, jak nie nad Wisłą?
REKLAMA
Przyjmując te dwa założenia nie zdziwiłem się wcale, gdy w czasie powrotu przez Most Poniatowskiego z meczu Włochy - Niemcy na Stadionie Narodowym, moje córki oświadczyły mi niemal jednogłośnie, że są zakochane. W kim? W Mario Balotellim. Przyjąłem to z godnością i zrozumieniem, tym bardziej, że gdybym był kobietą mogłem być kolejną Balotellego miłosną ofiarą. Zdziwiłem się trochę oczywiście, że obie w ciągu 24 godzin zdążyły się odkochać, bo w poprzedni wieczór obie kochały Cristiano Ronaldo, ale co tam, wiadomo, kobiety.
Był jednak tamten pomeczowy spacer "miłosny" nie tylko w kontekście Balotellego. Bo nastrój był sentymentalno - rozrzewniający i przez to sprzyjał uniesieniom oraz miłości właśnie. Gdzieś w połowie mostu przeszliśmy ze strefy Balotelli do strefy uczuć najwyższych. Gadaliśmy sobie o kończącym się powoli Euro, o tych niezwykłych 20 dniach jakie przeżyliśmy od chwili, gdy przez ten sam most, tyle że w przeciwnym kierunku, szliśmy na mecz Polska - Grecja.
Dziewczyny zadawały głośno te same pytania, które i mi chodziły po głowie? Czy jeszcze kiedyś będzie w Polsce taka wspaniała impreza? Odpowiedziałem, tak jak czułem, że za mojego życia może już nie, ale za ich życia na pewno. Aż w końcu moja 16-to letnia córka powiedziała, a 12-to letnia skwapliwie jej przytaknęła, że "jestem dumna z Polski".
Przyznaję, że na tym wspaniałym turnieju był to dla mnie moment najwspanialszy. Nie tylko dlatego, że powiedziały głośno to, co sam czułem. Głównie dlatego, że w tym właśnie momencie zrozumiałem, że udało się - naprawdę my, Polacy to Euro wygraliśmy. Pokazaliśmy, że potrafimy. Pokazaliśmy, że jesteśmy fajni. Innym, a przede wszystkim sobie.
W tym miejscu, kilka miesięcy temu ostro polemizowałem z młodym dziennikarzem naszego portalu, który wypominał wszystkie niedoróbki w przygotowaniach do turnieju i pisał jaka to będzie wielka klapa. Ja mu na to, że pamiętam ten kawałek Warszawy sprzed 28 lat, gdy przez chwilę na Saskiej Kępie mieszkałem, że pamiętam tamtą Polskę, i że nikt mi nadchodzącego wspaniałego święta nie zepsuje. To samo mówiłem w radiu Tok FM, zirytowany wypowiedziami polityków pewnej partii, wieszczących jaką to całe Euro będzie klęską.
Dziś jej lider mówi nawet o totalnej klęsce. Ale ja go nie potępiam. Na meczu na pewno nie był. W fan zonie na pewno nie był. W barze z kibicami na pewno nie był. Był jak zawsze totalnie oderwany od rzeczywistości. Polska sobie, on sobie. Nieważne, ważne jest to, że mówiąc o tym, że nikt mi święta nie zepsuje, nie myślałem nawet jak fantastyczne będzie to święto.
Dziś, gdy cudowna impreza dobiega końca, czas na podziękowania. A więc dziękuję Ci, ja obywatel RP, Polsko, za ten wspaniały czas. Dziękuję wszystkim politykom wszystkich partii, którzy ciężko pracowali, żeby się udało. Dziękuję wszystkim, którzy zaprojektowali i zbudowali wspaniałe stadiony. Wszystkim, którzy wykonali wielką pracę, by te mistrzostwa się udały. Wolontariuszom, którzy stawali na głowie, by goście z zagranicy czuli się u nas jak u siebie.
A przede wszystkim dziękuję moim współobywatelom, którzy stworzyli genialną, niezapomnianą atmosferę - na stadionach, w fan zonach, w miastach i miasteczkach, gdzie stacjonowały reprezentacje kilkunastu krajów. Dziękuję wszystkim, którzy wywieszali gdzie mogli biało - czerwone flagi. Dziękuję także trenerowi Smudzie i naszym piłkarzom, którzy trenowali tak jak umieli, grali tak jak potrafili.
Gdy wsiedliśmy do zaparkowanego na Powiślu samochodu, moje córki zapytały "co z tego wszystkiego pozostanie?". Na pewno, oprócz stadionów, dróg, hoteli, ośrodków, w których byli piłkarze, pozostaną do końca naszych dni wspomnienia, piękne wspomnienia. Co jeszcze? Po różnych ważnych wydarzeniach z naszej najnowszej historii tyle razy słyszałem, że "Polska już nigdy nie będzie taka sama".
Na ogół były to słuszne uwagi. Za każdym razem było bowiem u nas gorzej. Ale tym razem będzie inaczej. Entuzjazm opadnie, ale wspomnienie wspólnej wielkiej radości, niezwykłego współprzeżywania, pozostanie. A jak czasem będziemy dla siebie nieznośni, to - myślę - sami siebie będziemy opieprzali - wspominając, że umiemy inaczej.
Jutro rano lecę do Kijowa. Te zawody, jak mówią piłkarze, chcę dograć do końca. Komu kibicuję? Nie wiem. Trochę jak w meczu Niemcy - Włochy. Tym, którzy będą grać lepiej, piękniej, którzy nam, kibicom, dadzą więcej radości.
Już po powrocie trzeba będzie wrócić do życia uczuciowego moich córek. Trudno jednak przewidzieć na jakim etapie będą w niedzielny wieczór. Czy miłość do Balotellego przetrwa? Wróci fascynacja Ronaldo? A może tym razem zakochają się w Ramosie albo w Cassano? Nieważne.
Cudowne były te wieczory z córkami przed, w trakcie i po meczach. Nigdy ich nie zapomnę. Sentymentalnie się zrobiło, zanadto sentymentalnie. Ale spokojnie, to jeszcze tylko kilkadziesiąt godzin. Ci i owi szybko nas z błogostanu sprowadzą na ziemię. Choć nie do końca. Bo jednak wiele z tego co się zdarzyło zostanie w nas do końca.
Mam 46 lat. 23 lata z tych 46 żyłem w PRL-u. Pointą drugich 23 były właśnie kończące się mistrzostwa Europy. Wspaniała pointą. Nie wiem czy Bogu, czy losowi, czy historii, ale za tę pointę z całego serca dziękuję. A będzie tylko lepiej. Odczarowaliśmy przeszłość. Z nadzieją można myśleć o przyszłości. Alleluja i do przodu!
