Mamy w Europie i w Polsce swoje zmartwienia. Na tyle poważne, że zmartwienia pozapolskie i pozaeuropejskie, a już tym bardziej bliskowschodnie, a więc choć bliskie, to jednak azjatyckie, wydają się kaprysem i ekstrawagancją.

REKLAMA
Mimo to jest się czym martwić i bardzo myliłby się ktoś, kto powiedziałby, że nasza chata z kraja, nie nasze małpy, nie nasz cyrk.
Parafrazując watykańskie powiedzenie "papież nigdy nie jest chory, aż do momentu, gdy umiera", można powiedzieć, że wojna jest zawsze abstrakcją, aż do momentu, gdy wybucha. Na Bliskim Wschodzie wojna nie musi oczywiście wybuchnąć, ale karty układają się tam coraz gorzej. I gdy mówię o wojnie wcale nie myślę o coraz bardziej prawdopodobnej interwencji, powiedzmy ogólnie - Zachodu, w Syrii.
O wiele groźniejsza jest perspektywa wojny innej, której początkiem może być izraelski atak na nuklearne instalacje w Iranie. W zachodniej prasie można przeczytać całą masę artykułów, w których opisuje się rosnący strach, momentami wręcz panikę w Izraelu, z powodu perspektywy takiej wojny.
Pisze się o bijących na trwogę izraelskich mediach, które donoszą, że wojna może być tuż, tuż, a tylko 53 proc. Izraelczyków ma maski przeciwgazowe. Pisze się też, że nastrój obaw, a nawet histerii, na zimno i cynicznie nakręca rząd premiera Netanyahu, który w ten sposób szantażuje opinię publiczną i niejako wymusza poparcie dla siebie w trudnej chwili. To pierwsze to fakty, to drugie to interpretacja, być może słuszna, być może nie.
Faktem jest jednak, że w Izraelu toczy się akurat bardzo poważna debata na temat zasadności atatku na irańskie nuklearne instalacje. Tak poważna, że zabrał w niej głos były premier, a obecnie prezydent, Szimon Peres. Peres, narażając się na krytykę, że wykracza poza uprawnienia głowy państwa (w Izraelu są one dość ograniczone), stwierdził w wywiadzie telewizyjnym, że na tym etapie atak na Iran byłby ewidentnym błędem.
To, że zabrał jednak głos, szczególnie teraz, jest bardzo znaczące. Pytanie dlaczego teraz? Otóż, najpierw kontekst czysto polityczny: teraz, bo wielu ekspertów i analityków uważa, że premier Netanyahu i minister obrony Ehud Barak mogą się zdecydować na atak akurat teraz, bo atak w tym momencie poniekąd sparaliżuje prezydenta Obamę, takiemu atakowi zdecydowanie przeciwnemu. Sparaliżuje, bo ciężko byłoby mu przeciw takiemu atakowi występować kilka tygodni przed amerykańskimi wyborami, w których amerykańscy Żydzi, szczególnie w kluczowych dla wyniku wyborów w Stanach, mogą zdecydować o tym, kto wygra. Oczywiście nie wszyscy amerykańscy Żydzi są za takim atakiem, ale w sytuacji konfliktu, co oczywiste, wszyscy oczekiwaliby od amerykańskiej administracji pełnej solidarności nie tylko z Izraelem, ale także z jego władzami.
To wszystko jest jednak elementem spekulacji. Faktem obiektywnym jest natomiast dramatycznie pogarszająca się geopolityczna sytuacja Izraela, która ewentualny konflikt czyni znacznie bardziej prawdopodobnym. Iran idzie naprzód ze swoim programem budowy broni jądrowej i nic nie wskazuje na to, że sankcje, ostrzeżenia i groźby robią na Teheranie jakiekolwiek wrażenie.
Nowy przywódca Egiptu, prezydent Morsi, właśnie zdecydował o wysłaniu egipskich wojsk na półwysep Synaj, co jest groźną wskazówką, jak wiele zmieniło się, z punktu widzenia Izraela na niekorzyść, od czasu Arabskiej Wiosny. A przede wszystkim, jak ogromny kontrast stanowi to, co się właśnie dzieje, z konsekwentnym, w sumie dość neutralnym nastawieniem Egiptu wobec Izraela od czasu podpisania porozumienia w Camp David, w 1979 roku.
Flanka egipska była po prostu dla Izraela przez ponad trzy dekady bezpieczna. Już nie jest. Władze Iranu, tu nic się nie zmienia, całkiem oficjalnie mówią, vide ostatnie wystąpienie prezydenta tego kraju, że samo istnienie Izraela jest obrazą dla ludzkości i państwo to trzeba wymazać z mapy świata, a Izraelczyków zepchnąć do morza.
A tymczasem sankcje i groźby nie tylko nie zniechęciły zbrojącego się nuklearnie i sponsorującego terroryzm (Hezbollah) Iranu, ale jakby dodatkowo go rozochociły. Izolacja Teheranu? A skąd. W przyszłym tygodniu odbędzie się w nim szczyt tzw. Grupy Państw Niezaangażowanych. W kontekście bliskowschodnim, to grupa wybitnie zaangażowana, niemal bez wyjątku po stronie przeciwników Izraela.
Na domiar złego, w szczycie, mimo protestów izraelskiego rządu, weźmie udział sekretarz generalny ONZ, Ban Ki-moon. Politycznie można go zrozumieć. Nie chce czynić afrontu organizacji gromadzącej tak wiele, w tym tak ważnych, państw członkowskich Zgromadzenia Ogólnego ONZ.
Jego zapewnienia, że chce w Teheranie przekonywać irańskie władze do wstrzymania programu jądrowego są jednak średnio wiarygodne. Dokładniej rzecz ujmując, są wiarygodne o tyle, że pewnie będzie próbował. I nieistotne o tyle, że oczywiście nic z tego nie wyniknie. W stronę Zatoki Perskiej za chwilę ruszy jeden z amerykańskich lotniskowców. Waszyngton tłumaczy, że jeden lotniskowiec wraca, drugi płynie, więc nie mamy do czynienia z sytuacją groźną i wyjątkową. Może tak jest, może nie. Może lotniskowiec ma być straszakiem na prezydenta Assada. A może nie tylko.
Niemal co do dnia 19 lat temu przeprowadzałem w Tel-Awiwie wywiad z izraelskim premierem, zamordowanym dwa lata później Icchakiem Rabinem. Było to 13 dni przed, wydawało się historycznym, porozumieniem między Izraelem a Palestyńczykami, zawartym w Waszyngtonie. Wtedy stawką był pokój, nadzieją, szansa na przełom. Dziś nadziei nie ma. Jest za to obawa o wybuch wojny, bo sytuacja na Bliskim Wschodzie nie była dla Izraela tak trudna od 1967 roku, od czasu, gdy wybuchła wojna sześciodniowa, która (z wyjątkiem Synaju), namalowała obecną bliskowschodnią mapę.
Dlaczego nasz dom nie jest z kraja? Bo konflikt na Bliskim Wschodzie zawsze jest konfliktem globalnym, ropa, ceny benzyny, wiadomo...To, co się dzieje na Bliskim Wschodzie w najmniejszym stopniu nie umniejsza europejskich i polskich trosk i niepokojów. Warto jednak pamiętać, że na w sumie wcale nie tak dalekim horyzoncie, jest naprawdę wielkie i także nas dotyczące niebezpieczeństwo.