Na naszych oczach nastąpiła w ostatnich 23 latach nieprawdopodobna wprost rewolucja. Oto kraj, który był naszym odwiecznym wrogiem stał się naszym wielkim sojusznikiem. Oto naród na wspomnienie militarystycznych dokonań którego miliony Polaków przez wieki nie mogły spać spokojnie, jest nam bliższy niż kiedykolwiek w historii.
REKLAMA
Piotr Semka w dzisiejszej Rzeczpospolitej napisał tekst, w którym wyraża dezaprobatę dla pomysłu objęcia przez Donalda Tuska stanowsiska szefa Komisji Europejskiej. Kluczowa w tym tekście jest druga część leadu - "za wzorowe sprawowanie w Warszawie".
Nie wiem czy pomysł z Tuskiem jako następcą Barroso jest dobry. Mam wątpliwości. Ale są to wątpliwości zupełnie innego typu niż te, które zgłasza Semka. Nie wiem po prostu czy Tusk byłby dobrym szefem Komisji Europejskiej. Nie wiem czy naprawdę odpowiadałaby mu praca po 20 godzin na dobę, siedem dni w tygodniu. Nie wiem czy ma we krwi zajmowanie się tysiącem detali i popychaniem spraw do przodu, metodycznie, krok po kroku, często w żmudnych negocjacjach. Nie wiem w końcu czy jego angielski jest na tyle dobry, by te negocjacje skutecznie prowadzić. Bo w takich rozmowach liczą się niuanse, każde słowo wypowiedziane, i to niewypowiedziane, ma swą wagę. A po negocjacjach trzeba wyjść do dziennikarzy i wypowiedzieć precyzyjny komunikat plus odpowiadać na pełne pułapek pytania. Tu angielski wystarczający do small talk nie wystarcza.
Mam więc swoje wątpliwości, ale nie dotyczą one w żadnym wypadku wizji nagrody dla Tuska za bycie "wzorowym uczniem" Merkel. Jest to bowiem nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością wizja groźnej nauczycielki, obdarowującej swymi łaskami kujona, który może i nie jest najlepszym uczniem, ale jest wobec pani profesor Merkel absolutnie spolegliwy. Jest lizusem, ceniącym przychylne spojrzenie nauczycielki wyżej niż własną godność i solidarność z koleżankami i kolegami z klasy. Jeśli Tusk zachowuje się wzorowo, to implicite, nie prowadzi w pełni suwerennej polityki, ale politykę, której głównym założeniem jest to, że ma się ona podobać w Berlinie.
Semka nie przytacza niestety dowodów na Tuskowe bycie podnóżkiem Merkel. Może poza jednym. Zignorowanie przebywającego w Warszawie socjalisty Hollande'a. Zdaniem Semki Tusk uczynił tak, bo Merkel akurat popierała Sarkozy'ego. Nieprawda. Tusk nie przyjmując Hollande'a popełnił moim zdaniem błąd, ale akurat wynikał on z czego innego - z nastawienia całej europejskiej Partii Ludowej, obawiającej się, że zwycięstwo Hollande'a będzie początkiem marszu europejskich socjalistów po władzę w kolejnych krajach.
Tusk nie jest wzorowym uczniem Merkel. Ale Polska prowadzi wzorową politykę wobec Niemiec, a jeśli trzeba - w imię własnych interesów, wzorową politykę u boku Niemiec. Albo lepiej - z Niemcami. I to akurat jest wielką zasługą duetu Tusk Sikorski, wskazującą, że w perspektywie międzynarodowej bardzo dobrze czytają oni układ sił i wiedzą jak czerpać z niego korzyści.
Nie kupuję wizji Merkel głaszczącej po główce swojego milusińskiego Donalda i obdarowującej go kolejnymi nagrodami za bezszelestne popieranie przez Warszawę kolejnych pomysłów Berlina. Widzę raczej odwzajemnianie przez Merkel dobrze pojętej lojalności polskiego rządu wobec partnera, więcej, sojusznika z Berlina. Jak sądzę podobnie uważa większość Polaków. Stąd między innymi wynika wybitnie mała efektywność gry na antyniemieckiej nucie prowadzonej od lat z premedytacją przez Jarosława Kaczyńskiego.
Stan polsko - niemieckich stosunków to cud. Nie cud mniemany, ale prawdziwy. Ale jednocześnie ów cud nie pojawił się deus ex machina. Jest on efektem kilkudziesięcioletniej ciężkiej pracy ludzi dobrej woli po obu stronach. Po polskiej stronie mądrych biskupów, którzy wizjonersko przepraszali i prosili o wybaczenie, być może w owym czasie na wyrost, ale jakże przewidująco. Mądrych polityków od Tadeusza Mazowieckiego poczynając. Ale także mądrych ludzi, którzy polsko niemieckie mosty i tratwy na Odrze budowali na poziomie organizacji pozarządowych, na poziomie wymiany kulturalnej, a wreszcie, tak po prostu, przez budowanie międzyludzkich więzi. To była wielka, była i jest, robota, która już przyniosła wspaniałe owoce, a przyniesie, jestem przekonany, następne.
Nasza zawiedziona miłość do Ameryki ma też dobre strony. Okazało się, że atrakcyjną kobietę, z którą warto być i żyć, można znaleźć po tej stronie wielkiej wody. A dokładniej, po tamtej stronie małej wody, za Odrą. Nie będzie to miłość romantyczna, pewnie nigdy nie będzie to miłość, ale może być to relacja pełna szacunku i zaufania. A jeśli już trzymać się formuły "wzorowego zachowania", to trzeba zauważyć, że i Niemcy w kluczowych dla Polski sprawach zachowują się niemal wzorowo. Jasne, żeby nie było za dobrze, wystarczy wspomnieć o gazociągu północnym, ale też w międzynarodowych relacjach, nawet najlepszych, nigdy nie ma pełnej idylli.
Już dziś warto myśleć nad symbolicznym ukoronowaniem tej wielkiej polsko niemieckiej pracy. Mam tu swój pomysł. W 2030, w 2034 albo w 2038 roku Polska i Niemcy, wspólnie powinny zorganizować mistrzostwa świata w piłce nożnej. Trudno teraz o zdobycie praw do organizacji tak wielkiej imprezy. Niemcy organizowały ją raptem sześć lat temu. Ale za 20 lat byłoby to absolutnie możliwe. Kandydatura polsko - niemiecka byłaby, w wypadku ewentualnych mistrzostw na naszym kontynencie, i naturalna i najmocniejsza, pomysł ten jest więc absolutnie racjonalny i realistyczny.
Do tego czasu, poza wszystkim, nadal musimy, i Niemcy i my, ciężko pracować, by nasze relacje były naprawdę jak najlepsze, i na poziomie politycznym i na poziomie czysto ludzkim. Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, a nawet Odrę, i spokojnie, pozostaniemy Polakami.
