Jak słyszę, premier Tusk tu i ówdzie radzi się w sprawie swojego piątkowego wystąpienia. Nic nie wskazuje na to, że poprosi mnie o radę, poradzić mu więc muszę tutaj.
REKLAMA
Od wielu dni wszędzie (no dobrze, nie wszędzie, ale w wielu miejscach) dyskutuje się o tym, co powinien powiedzieć Donald Tusk. Ośmielam się stwierdzić, że to, co powie premier jest o wiele mniej istotne niż to, jak powie to co powie. I wcale nie oznacza to, że uważam obywateli za półgłówków, których można kupić formą, ignorując treść.
Uważam jedynie, że oczekiwania wyborców nie dotyczą przede wszystkim
rozwiązania X, kroku Y czy decyzji Z. Wątpliwości Polaków sprowadzają się
do prostego pytania "czy leci z nami pilot?".
Uważam jedynie, że oczekiwania wyborców nie dotyczą przede wszystkim
rozwiązania X, kroku Y czy decyzji Z. Wątpliwości Polaków sprowadzają się
do prostego pytania "czy leci z nami pilot?".
Przyznaję, że mój sceptycyzm co do tego co powie premier wzrósł wydatnie po ogłoszeniu, że tzw. umowy śmieciowe będą de facto dodatkowo opodatkowane. Nie lubię słowa "śmieciowe", bo sugeruje ono, że ludzie pracują ciężko, a dostają g...., nie pieniądze. Owszem, bywa i tak. Częściej jest jednak tak, że przedsiębiorca, wiem co mówię, bo nim jestem, płaci naprawdę tyle, ile może.
Teraz, w efekcie proponowanych zmian, będzie płacił mniej albo zatrudniał mniej ludzi. Zmiana zadowoli więc prawdopodobnie przewodniczącego Dudę, ale zmartwi setki tysięcy młodych ludzi, którzy wolę zarabiać coś, niż nic. Szef rządu chyba się tym nie przejmuje. A szkoda. Krótko mówiąc nie mam wielkich złudzeń co do meritum tego, co usłyszymy. Mam za to wciąż oczekiwania dotyczące tego, jak będzie mówił premier.
Niektórzy już są zawiedzeni. Oto Donald Tusk zapowiedział, że zmian w rządzie nie będzie. Wiadomo też, że nieprawdziwe w zupełności są plotki o wymianie koalicjanta na SLD. Nie wynika z tego, że zmiany w rządzie czy zmiana koalicjanta nie mają sensu. Wynika z tego, że zdaniem premiera to nie ten moment. Sytuacja dramatyczna wymaga dramatycznych decyzji. Zmiana koalicjanta czy daleko posunięte zmiany personalne w rządzie, to zmiany dość dramatyczne. Te drugie mniej dramatyczne i co do powściągliwości szefa rządu "w tym departamencie" mam spore wątpliwości.
Właściwie standardem są daleko posunięte zmiany w gabinecie amerykańskiego prezydenta po pierwszej kadencji. A jak pokazuje przykład prezydenta Obamy, nawet wcześniej. Bądźmy szczerzy, drużyna Tuska to żaden dream team. Na niektórych pozycjach grają po prostu zawodnicy słabi i ich zmiana byłaby naturalna. Nie nastąpi, bo Donald Tusk uznałby to za przyznanie się do słabości swej ekipy. Boi się niesłusznie, bo brak zmian tej słabości w żaden sposób nie ukryje. Ale w końcu to on decyduje.
Teraz moja rada dla premiera dotycząca tego jak, a nie tego co ma mówić. Skoro premier nie zdecydował się na może dramatyczne, a może po prostu odważne decyzje polityczno personalne, musi do tego dostosować ton. Nie może on być nadmiernie emocjonalny czy dramatyczny. Tusk chce zapewne powiedzieć, że były zaniechania, były błedy, były niedociągnięcia, ale większość obietnic zrealizowano, a oto kolejne łącznie z określeniem czasu, w którym zostaną one zrealizowane. Ma to więc być wystąpienie merytoryczno - pragmatyczne. A jeśli tak, nie może w niej być ani motywów a la Roosevelt(nie mamy się czego bać oprócz strachu), ani a la Churchill(obietnica krwi, potu i łez). A jeśli już to przestrogi przed strachem premier powinien skierować pod swoim i swoich ludzi adresem, podobnie jak sobie i swojej ekipie, a nie nam, powinien fundować krew, pot i łzy.
Patos nie wchodzi więc w grę. A jednocześnie nie wchodzi w grę wystąpienie suche, zimne, ascetyczne, niepolemiczne, czysto technokratyczno - pragmatyczne. Dlaczego? Bo problemem Tuska jest pogłebiajaące się w społeczeństwie przekonanie, że albo nie ma w nim sił, by sprawować władzę albo pasji, by sprawować ją skutecznie. Musi więc nam udowodnić, że przynajmniej potrafi mówić o swych rządach z pasją, z energią, z determinacją, z odwagą. Bo jak nie potrafi tego zrobić, to w ogóle nie ma o czym gadać.
W porządku, czyli nie może lecieć Tusk Churchillem ani Rooseveltem, ale nie może też być beznamiętny. Ma mówić o konkretach, ale ma podnieść temperaturę z jaką o nim i o jego rządach myślimy, która to temperatura w ostatnich czasach dość drastycznie spada. Jak to zrobić? Konkret i pasja, pasja i konkret, energia i szczegóły, szczegóły i determinacja, bicie się w piersi bez spowiedzi, obietnica poprawy z ogniem, a nie z rozpaczą w oczach.
Czyli? Czyli kombinacja Clintona z Blairem. A konkretna ściąga? Doradcy premiera powinni znaleźć na YouTube wystąpienie Clintona na konwencji w Chicago z 1996 roku i Blaira po drugich wygranych wyborach, wygranych jednak z kłopotami, raczej z powodu słabości rywala niż ze względu na własną siłę.
Bill Clinton w 1996 roku
Państwu też polecam spojrzenie na tę ściągę. Tak mówią ludzie, którzy chcą się bić o swój kraj, o osiągnięcie celów wykraczających poza utrzymanie władzy, o swe rządy, o swą partię, o swe miejsce w historii. Czy Tusk potrafi zagrać w tej lidze i z tym samym skutkiem? Nie wiem. W piątek o 11.00 będę wiedział. Jeśli Polacy dojdą do wniosku, że pilot z nami jednak nie leci, zacznie się lot koszący. Albo nastąpi zmiana pilota.
