Tomasz Wróblewski oddał się do dyspozycji wydawcy "Rzeczpospolitej", który to gest jest mało znaczący, bo każdy redaktor naczelny każdej gazety jest może nie do dyspozycji, ale w dyspozycji wydawcy. Problem "Rzeczpospolitej" i Tomasza Wróblewskiego nie zaczął się jednak we wtorek, 30 października. Zaczął się 27 października zeszłego roku, gdy objął on funkcję naczelnego.
REKLAMA
Wróblewski dostał rok temu prawdziwą, realną szansę. Szansę na odzyskanie przez "Rzeczpospolitą" marki i wiarygodności, którą traciła ona przez lata będąc de facto organem PiS-u. Miał szansę uczynić z niej gazetę, którą była kiedyś - poważnym dziennikiem polityczno - ekonomiczno - prawnym, która nie epatuje sensacyjkami, nie służy jednej ideologii i jednej prawdzie, ale prawdzie po prostu. Która jest wiarygodna nie w oczach PiS-owskiej sekty, ale ogółu czytelników.
Wymagało to stanowczych i ostrych decyzji personalnych. Wróblewski tymczasem, jak się wydaje, stał się zakładnikiem ekipy, która decydowała w poprzednich latach, przed jego nastaniem, o obliczu tej gazety. W tym sensie nie mógł być prawdziwym liderem. Był uzależniony od swych podwładnych.
Nie chodziło o wycinanie wszystkich, którzy kibicują PiS-owi. Nie chodziło w najmniejszym stopniu o uczynienie z tej gazety tytułu prorządowego albo jakiejś Wyborczej-bis. "Rzeczpospolita" zupełnie spokojnie mogła jednak odzyskać charakter gazety liberalnej gospodarczo i konserwatywnej politycznie, ale nie PiS-owskiej. To wymagało odwagi i stanowczości.
Tymczasem "Rzeczpospolita" Wróblewskiego była tą samą gazetą, którą była przed jego pojawieniem się w gabinecie naczelnego. Te same stronnicze komentarze, te same napastliwe ataki na Tuska i te same wygibasy, by publicystycznie uzasadnić każdą woltę Kaczyńskiego. To samo sekundowanie prezesowi, to samo stawianie na jego zwycięstwo i odzyskanie władzy przez PiS.
Panowie z "Rzeczpospolitej" bardzo chcieli powrotu do władzy Kaczyńskiego. I bardzo chcieli obalić Tuska. Tak bardzo chcieli, tak długo czekali, że w miniony poniedziałek nie wytrzymali i odpalili bombę. Moment był niby dobry. Właśnie pojawiła się informacja o błędnej identyfikacji zwłok Ryszarda Kaczorowskiego, właśnie pojawiła się informacja o samobójstwie członka załogi Jaka, z którego oczywiście na prawicowych forach czyniono ofiarę zabójstwa. Właśnie PiS przeskoczyło PO w sondażach. A tu za chwilę marsz, 11 listopada, więc może teraz znokautujemy Tuska? No i ruszyli do boju, mając zamiast armat kapiszony.
Stronnicze dziennikarstwo eksplodowało megawpadką, największą w polskim dziennikarstwie od 23 lat.
Co dalej z "Rzeczpospolitą"? Nie wiem, wątpliwe czy ktoś ją wyprowadzi teraz z korkociągu. Istotniejsze, co dalej z Rzecząpospolitą. Odsetek Polaków przekonanych, że w Smoleńsku był zamach rośnie. I w tym szczególnym sensie "Rzeczpospolita" odniosła sukces. A że jest to sukces katastrofalny w skutkach dla "Rzeczpospolitej" i Rzeczypospolitej, to już inna sprawa.
