To może być sądowa sensacja stulecia, a biorąc pod uwagę, że 21. stulecie się zaczęło, tysiąclecia. Redaktor Karnowski chce, żeby sąd stwierdził, iż to on ma prawa do hasła "autorzy niepokorni". Znaczy nie on, ale niepokorni. Jaja? Nie, on to na serio!
REKLAMA
Naprawdę kocham język naszych niepokornych. To skrzyżowanie mowy harcerskich zuchów, komsomolców i grafomanów. Wśród określeń, które wydawały mi się już wybitnie komsomolskie i grafomańskie są dwa. Pierwsze - "tygodnik autorów niepokornych", to oczywiście o "Uważam Rze". Drugie - "najsilniejszy portal po stronie prawdy", to o portalu wpolityce.
Te określenia są bardzo sprytne. Jeśli my jesteśmy niepokorni, to wszyscy inni są pokorni, a więc są oportunistami, lizusami, konformistami. Jeśli my jesteśmy po stronie prawdy, to znaczy, że wszyscy inni są po stronie fałszu, kłamstwa.
To drugie określenie ma jeszcze jedną zaletę. Jeśli pod względem klikalności wypadamy marnie, to nie jesteśmy kiepskim portalem, ale jesteśmy najlepszym portalem po stronie prawdy. Wystarczy więc odpowiednio zdefiniować kategorię, by być jej liderem. Zgodnie z tą taktyką mógłbym na przykład powiedzieć: "jestem najwybitniejszym maratończykiem na świecie wśród maratończyków, którzy ważą ponad 90 kilogramów, urodzili się w Zielonej Górze i mieszkają w Warszawie". Proste? Proste! O jak mi dobrze, bo właśnie dobrze sobie zrobiłem!
Z określeniami "niepokorni" i "najlepsi po stronie prawdy" jest jednak pewien problem. Gdy mówię o kimś, że jest niepokorny i silny po stronie prawdy, jest to niewątpliwie komplement. Ale gdy o sobię mówię, że jestem niepokorny i po stronie prawdy, jest wielce prawdopodobne, że jestem pajacem, bęcwałem i narcyzem, który patrząc w lustro robi sobie dobrze. Mówiąc krótko - takie autodefiniowanie siebie jest i narcystyczne i żałosne.
Bycie żałosnym bywa jednak stopniowalne. Stopień niższy to uznanie, że jest się niepokornym. Stopień wyższy, to ogłaszanie światu, że jest się niepokornym. Stopień absolutnie najwyższy, to deklarowanie, co właśnie uczynił redaktor Karnowski, że to sąd powinien stwierdzić, iż to właśnie on ma prawo do posługiwania się słowem "niepokorny".
Jako się rzekło, orzeczenie sądu w tej sprawie, przyjmując, że sąd przed jego ogłoszeniem nie umrze ze śmiechu, może mieć znaczenie precedensowe. Łatwo sobie wyobrazić co się stanie, gdyby redaktor Karnowski zalegalizowałby swe roszczenie do wyłączności posługiwania się hasłem "tygodnik autorów niepokornych". Nawiasem mówiąc Karnowski jest tu trochę, a nawet bardziej, jak jego idol, pan prezes. Pan prezes uważa, że demokracja jest wtedy, gdy on rządzi. Pan redaktor uważa, że niepokorny jest tygodnik,w którym on jest albo w którym on rządzi. OK, ten typ tak ma.
Ale idźmy dalej. Jeśli redaktor Karnowski zalegalizuje swe wyłączne prawo do posługiwania się słowem "niepokorni", to muszą za tym pójść kroki następne. Czekają nas następne procesy, w których już zalegalizowani "niepokorni" wystąpią o wyłączność na używanie słów "odważni", "zdeterminowani", "patriotyczni", "najlepsi", "wierni Rzeczpospolitej", "ulubieńcy Rydzyka", a nawet "Polacy"!!! Jestem za. Na razie mamy niezłe jaja, ale jajecznica z wielu jaj jest lepsza niż jajecznica z dwóch jaj jednojajowych.
Na marginesie, mam nieśmiałe wrażenie, na co jakoś nikt nie zwrócił uwagi, że w tekście redaktora Karnowskiego jest coś o niebo ważniejszego niż zapowiedź sądowej batalii w sprawie niepokornych. To przytoczony przez niego jego dialog z redaktorem Lisickim, z którego wynika, że pomysł stworzenia "Uważam Rze" jest Karnowskiego, a nie Lisickiego. To zdanie może mieć dalsze konsekwencje. Zaczyna się właśnie batalia o to, kto jest autorem najbardziej genialnego pomysłu w historii prasy. Stawiam na to, że Lisicki nie odpuści.
Może być ciekawie. Dlaczego? Bo jest tylko jeden spór bardziej namiętny, gorący i bezwzględny niż ten, który toczy się między PiS-owcami a całą resztą. To spór między PiS-owcami. Zapinamy pasy i oglądamy. Oj, będzie się działo!
