Kochani czytelnicy, współpracownicy, blogerzy naTemat. Z całego serca życzę Wam wszystkim wspaniałych, cudownych, spokojnych, niezapomnianych - wyłącznie w pozytywnym sensie - świąt.

REKLAMA
Życzę Wam radości i spokoju, uśmiechu i relaksu, fajnych prezentów i wielkiej radości Waszych krewnych i przyjaciół z prezentów, które sami daliście. Życzę kilku dni, w czasie których poczujecie się lepiej, w czasie których przekonacie się, że życie jest fajne, że jest fajnie.
Tym wszystkim, dla których (a jest takich osób naprawdę wiele) każde albo prawie każde święta są smutne, życzę, by zdarzyło się może coś nieoczekiwanego, co sprawi, że wcale tak źle nie będzie, a może nawet będzie całkiem dobrze.
Serdecznie pozdrawiam także tych, dla których te święta z powodów religijnych albo jakichkolwiek innych tak ważne nie są, ale może są ważne ze względu na tradycję, która sprawia, że także dla nich jest to czas wyjątkowy. Trzymajcie się, bądźcie radośni i szczęśliwi.
Serdecznie pozdrawiam także tych, którzy albo świąt nie obchodzą albo
obchodzą je na przykład w styczniu, bądźcie z nami.
Teraz pewna historia. Było to lat temu chyba dziesięć. Za chwilę Wigilia. Nagle pukanie do drzwi. Otwiera ktoś z rodziny. Akurat zakładam krawat. I słyszę - "do Ciebie, Pan Władimir". Do mnie? Władimir? Idę do drzwi. Patrzę na Władimira. Nie znam go. - Witam, mówię.
- Dzień dobry, jestem Władimir, jestem studentem z Białorusi.
- Witam Pana, mówię, w czym mogę pomóc?
- Studiuję w Krakowie, byłem na promocji pana książki. A ostatnio czytałem,
że macie w Polsce taką tradycję, że w Boże Narodzenie macie na stole jedno nakrycie dla zbłąkanego wędrowca.
- Tak, mamy taką tradycję, mówię.
- No więc właśnie przyjechałem z Krakowa, adres pana znalazłem w książce telefonicznej.
Miałem na rozmyślania tylko kilka chwil. Władimir, wygląda na porządnego człowieka, a jak to jakaś prowokacja? A może komuś chce zrobić krzywdę? Ale idąc do drzwi widziałem lekko zdziwione spojrzenia dzieci. One już słyszały o wędrowcu, widziały we wcześniejszych latach dodatkowe nakrycie.
Co robić? Pomyślałem wtedy, że właśnie definiują się wyobrażenia moich dzieci o Wigilii Bożego Narodzenia. I wszystko stało się proste. Zapraszając Władimira na wigilię funduję rodzinie pewną konsternację. Ale odmawiając mu tego rujnuję wyobrażenia dzieci o tradycjach, które mają trwać. Abstrahując od tego, że funduję sobie na następnych bardzo wiele lat, smutne wspomnienie przykrości, której ktoś przeze mnie zaznał.
Nagle wszystko stało się proste. - Zapraszamy. Tak to spędziliśmy wigilię z Władimirem, dla którego znalazły się szybko prezenty. Po co ta cała historia? To tylko prośba do siebie, do nas wszystkich, byśmy te święta i ich sens, potraktowali poważnie.
Może Władimir do nas przyjdzie, a może nie. A może Władimir jest kimś z naszej rodziny. A może jest naszym biednym sąsiadem. Rozejrzyjmy się. Może naprawdę niewiele trzeba, byśmy komuś dali trochę radości i wiary w bliźniego, może pokażemy sobie, swoim krewnym i innym, że cała ta "zabawa w święta", to naprawdę coś więcej niż prezenty i wielkie żarcie, że narodziny Dzieciątka mają naprawdę większy sens niż funkcjonowanie w ramach coraz bardziej komercyjnego świątecznego komiksu. Może wcale nie potrzeba wiele.
Nie chcę przynudzać. Kochani, jeszcze raz, ściskam, całuję, pozdrawiam.
Trzymajcie się!