Właśnie przeczytałem pełen młodzieńczej werwy i chłopięcej pasji artykuł Pana Przemysława Prekiela o wojnie z Irakiem, która od początku była zła i przyniosła tylko zło, a wojnę tę sprokurowały amerykańskie jastrzębie, wspierane przez jastrzębie polskie, w szczególności Kwaśniewskiego, Millera, Cimoszewicza, wspieranych przez znanych militarystów, Bartoszewskiego, Edelmana i Michnika.

REKLAMA
Tekst jest intrygujący, bo zaczyna się od dwóch kłamstw i jednej zabawnej figurki. Pisze pan Prekiel, że od początku było wiadomo, iż broni masowego rażenia w Iraku nie było. Cóż, może pan Prekiel wiedział, ale świat nie. Nie wiedzieli tego nawet przeciwnicy wojny. Zachęcam pana Prekiela do lektury wystąpień prezydenta Chiraca i kanclerza Schroedera z tamtego czasu. Zapewne mieli oni wtedy mniej informacji niż pan Prekiel, bo twierdzili, że wciąż nie ma dowodów na to, że w Iraku broń masowego rażenia jest i wzywali do tego, by międzynarodowym ekspertom dać więcej czasu na jej znalezienie.
Proszę uprzejmie autora o znalezienie raportu Blixa i ElBaradei, w którym stwierdzali oni, że "broni masowego rażenia w Iraku na pewno nie ma". Na pewno tak twierdzili? Czy może mówili, że wciąż nie ma dowodów, iż ona jest? To nie drobiazg.
A co mówił iracki dyktator? Czy twierdził, że Irak nie ma broni masowego rażenia? Proszę o cytat i datę takiej wypowiedzi.
Na moment pominę zabawną figurę retoryczną - "Broń masowego rażenia była preludium do wojny". Nie wiedziałem, że preludium może być stanem. Zawsze sądziłem, że musi być aktem, czynnością, zdarzeniem. Widać nie musi.
Dziś wiemy już, że broni masowego rażenia w Iraku nie było, choć Saddam takiej broni przeciw obywatelom używał. Ale to, że wiemy to dziś nie znaczy, iż wiedzieliśmy to wtedy, a już absolutnie nie oznacza, że wiadome to było od początku.
Rację ma autor, że ówczesny sekretarz stanu Colin Powell przedstawił w ONZ swą bałamutną prezentację, pełną kłamstw, półprawd i propagandowych przeinaczeń, mających uzasadnić wojnę. Warto jednak pamiętać, że reakcją na tę prezentację nie było powszechne oburzenie i ogólnoświatowy krzyk "kłamstwo". Tak komentowano to wystąpienia dopiero później, gdy krętactwa wyszły na jaw.
Autor, choć jak deklaruje, serce ma po lewej stronie, ostro recenzuje polityków SLD, którzy wtedy wojnę poparli. Jego prawo. Krytyka nie jest zresztą pozbawiona argumentów. Ale czy naprawdę tamto poparcie, cztery lata po przyjęciu Polski do NATO było irracjonalne? Czy rzeczywiście można - jak czyni to wielu, choć akurat nie autor - kwitować wszystko argumentami, że postkomuniści mieli kompleks popierania w młodości sowieckiego Wielkiego Brata, więc musieli znaleźć sobie nowego, często przehandlowując poparcie dla Waszyngtonu za zdjęcie w Białym Domu?
Powtarzam, nie twierdzę, że ówczesny prezydent, premier i szef MSZ powinni być immunizowani na krytykę. Nie powinni. Autor nie powinien być jednak immunizowany na wszystko co może podważać jego zamaszystą tezę. W kategoriach realpolitik, będę się upierał, tamto poparcie miało sens, nawet jeśli w Iraku broni masowego rażenia nie było. Poza wszystkim innym zastanawiam się jakie są argumenty człowieka, który "serce ma po lewej stronie" na akcję wymierzoną w iracki reżim mający na swym sumieniu (fakt, że wirtualnym), kilkaset tysięcy samych Irakijczyków.
Czy w Iraku dochodziło do zbrodni wojennych? Tak. A po wojnie czy dochodziło do łamania przez amerykańskich żołnierzy praw jeńców wojennych? Tak. Ale też
warto chyba powiedzieć, że Waszyngton te zbrodnie i to łamanie praw potępił, a sprawcy zostali bardzo surowo ukarani.
Czy wojna wywołała samo zło? Jasne, ofiarami terrorystycznych ataków padły tysiące Irakijczyków, ale czy naprawdę Bush, Kwaśniewski i Miller są odpowiedzialni za to co wyrabiała w Iraku al Kaida? Bądźmy poważni. Czy w Iraku to Irakijczycy decydują dziś o swej przyszłości? Tak. Czy mają wolne wybory? Tak. A jaki użytek robią ze swojej wolności to już inna sprawa, ale to teraz ich sprawa.
W końcówce tekstu autorowi puściły już wszelkie hamulce, gdy napisał szyderczo o naszych "bohaterskich żołnierzach" mordujących cywilów w Afganistanie. Dobrze, że nie napisał "z zimną krwią", choć coś takiego sugeruje. Czy autor był w Iraku albo w Afganistanie? Obserwował działania naszych żołnierzy? Czy naprawdę uważa, że pełnili w tych krajach rolę morderców niosących śmierć?
Rozumiem, że ktoś może mieć serce po lewej stronie. Rozum powinien być jednak ulokowany centralnie.