Od kilku lat PiS-owcy i proPIS-owscy agitatorzy zwani niepokornymi, mówią, że Platforma właśnie tonie. Przez lata była to głównie projekcja ich marzeń. Dziś jednak projekcja brzmi bardziej jak opis. Czy Donald Tusk tonie?

REKLAMA
W polityce nieszczęścia chodzą nawet nie parami, ale seriami. W przypadku tego co się dzieje z PO, w PO oraz wokół PO mamy ostatnio do czynienia z czymś co najlepiej opisuje tytuł książki dla młodzieży - "Seria niefortunnych zdarzeń". Kłopot z autostradą, hałas wokół zegarków, problem z pieniędzmi na nie tą Madonnę, premier nie wiedzący nic o memorandum w sprawie pieremyczki, hałas wokół sześciolatków, nonsensowne ustępstwa w sprawie matek poszczególnych kwartałów, kuriozalny serial z odwoływaniem Gowina, cyrk z metrem w Warszawie, sprawa 80 milionów euro z dopłat bezpośrednich, i.t.p, i.t.d.
Są na tej liście sprawy o różnym ciężarze gatunkowym. Afery prawdziwe i wydumane, wynikające z działań rządu i z rządem nie mające nic wspólnego. Dzień po dniu wszystkie one wzmacniają jednak poczucie, że władza ani nie rządzi, ani nie panuje(w każdym razie nad sytuacją), że w rządowym Titanicu urwało stery, że kapitan statku albo nie jest obecny albo nie wie co robić.
Każda z tych aferek i afer oraz wszystkie razem nie byłyby jednak wielkim problemem, gdyby nie najważniejsze problemy tej ekipy. Pisałem o nich od lat, najpierw we "Wprost", potem w "Newsweeku" i naTemat. Często pisałem o tych samych problemach po wystąpieniu kolejnych ich objawów. A pisać mogłem spokojnie, bo żaden nigdy nie został rozwiązany. Więcej, w żadnym momencie nie miałem wrażenia, że ktokolwiek próbuje je rozwiązać. A gdy co kilka miesięcy rozmawiałem z premierem Tuskiem w moim programie, miałem poczucie, że tego co ja uznaję za potężne problemy, szef rządu w ogóle za problemy nie uznaje.

Wszystko o polityce w naTemat:


Nazwijmy po imieniu te największe problemy.
1. Po co rządzi Platforma? Nie dlaczego, ale po co. Odpowiedź na pytanie dlaczego jest prosta. Rządzi, bo większość Polaków nie miała ochoty na rządy PiS-u. Ale po co rządzi PO? Jak jest cel strategiczny tej ekipy? Walka z kryzysem, to brzmi niby pragmatycznie. W pierwszych latach kryzysu było sensowne, tym bardziej, że opozycja albo nie zgłaszała żadnych pomysłów na walkę z kryzysem albo zgłaszała pomysły karykaturalne.
Drugi pomysł na uzasadnienie rządów PO też miał moc uwodzicielską - wielki plan tworzenia infrastruktury - autostrady, drogi ekspresowe, przygotowanie do Euro 2012. Byłoby nierozsądne i niesprawiedliwe twierdzić, że rząd Tuska nie osiągnął tu sukcesów. Plan realizowano z potknięciami, nie zadbano o los całej masy podwykonawców, plany realizowano częściowo i z opóźnieniami, ale - oczywiście z pomocą wielkich środków unijnych - zrobiono bardzo wiele.
W szóstym roku rządów PO walka z kryzysem i infrastruktura to jednak za mało. Szczególnie w sytuacji, gdy gospodarka, co właśnie widzimy, ostro hamuje.
PO szła do władzy obiecując, że chce rządzić, "by Polakom żyło się lepiej. Wszystkim". Otóż ogromnej większości Polaków nie żyje się lepiej. Służba zdrowia jaka jest każdy widzi. Jak działają sądy - każdy widzi, jak niedomaga system oświaty - widzimy. Bariery biurokratyczne - jak były tak są.
Część z tych spraw można było załatwić bez jakichkolwiek kosztów "bolesnych reform". Rozwiązanie problemów wymagałoby jednak wielkiej determinacji i gigantycznej pracy. Nie było ani determinacji ani wielkiej pracy. Pytanie o strategiczny cel funkcjonowania tego rządu pozostaje więc bez odpowiedzi.
2. Koszmarne błędy personalne. Premier chciał autorskiego rządu, to go ma.
Jego prawo. Trudno jednak wymienić resorty, które działają naprawdę dobrze i ministrów, do których nie można zgłosić fundamentalnych pretensji. Część ministrów premier już zmienił, część zmienia, część zmieni, a część marzy wyłącznie o ewakuacji, najlepiej w okolice Brukseli. Ludzi dobrych, typu Michał Boni, premier konsekwentnie marginalizował. Ludzi kompetentnych, typu Krzysztof Kwiatkowski, w sposób całkowicie niezrozumiały, odsuwał. Przez całe miesiące w wielkich bólach rozwiązywał stworzony wyłącznie przez siebie problem z ministrem Gowinem. I.t.d., i.t.p.
Rządowa ekipa Donalda Tuska jest dziś co najwyżej przeciętna. Zmienników nie widać, chętnych do wejścia do rządu pewnie nie brakuje, ale chętni nie muszą być akurat ci, którzy naprawdę coś by tej ekipie dali.
3. Podstawą funkcjonowania ekip sprawnych i kompetentnych jest zasada "stay on message". Rząd musi mieć przesłanie i musi się jego trzymać. Ale jak ma się trzymać przesłania rząd, który przesłania nie ma. Tu PR-owcy nie pomogą. PR-owcy mogą sprzedać ideę, ale ideę musi mieć szef. Musi ją promować i forsować z pasją.
4. Następna zasada, przepraszam, że znowu z angielska, ale w Ameryce i w Wielkiej Brytanii te pojęcia wymyślono - control the agenda, control news of the day. Rząd musi mieć agendę rozpisaną na dni, tygodnie i miesiące, szef musi non stop kontrolować jak wygląda realizacja poszczególnych elementów planu. Jasnej agendy rządu Tuska nie widać, a już "kontrolowanie newsów dnia" to katastrofa. W tej kontroli idzie bowiem o to, by to rząd narzucał mediom tematy, które są dla niego wygodne. Inaczej robią to, tak jak u nas, opozycja i media. Gdy tak się dzieje rząd jest reaktywny, zawsze w odwrocie i w defensywie. W piłce czy w tenisie można się cofnąć do obrony, można czekać na błąd przeciwnika, można grać z kontry. Ale to też wymaga planu gdy, to wymaga dyscypliny, to wymaga kondycji. Patrząc na drużynę Tuska nie widać ani planu, ani dyscypliny, ani kondycji.
5. Co widać? Widać zmęczenie. Szczególnie u premiera, który przez pierwsze lata był pełen wigoru. Widać też jego irytację, że sprawy nie idą tak jak powinny. Ale przez kogo nie idą? Za drużynę odpowiada szef. Proste.
6. Przez lata słyszeliśmy o Tusku wszechmocnym i o Tusku teflonowym. Dziś nie jest ani wszechmocny, bo moc w partyjnej platformerskiej rozgrywce szerokiej publiki nie obchodzi, ani teflonowy, brud zaczyna się przylepiać. A premier coraz częściej nie tylko nie wydaje się groźny, ale wydaje się śmieszny. Ludzie wzruszają co najwyżej ramionami, gdy słyszą o kolejnych podróżach Tuskobusem, który coś ruszyć nie może, nie wiadomo czy z braku Tuska czy busa. Kolejne zapowiedzi kolejnych ofensyw, kolejne zapowiedzi rekonstrukcji, na nikim nie robi to już żadnego wrażenia. Chyba że wrażenie chaosu i braku pomysłu. Przez lata jednym z pomysłów PO było czekanie na kolejne eksplozje szefa PIS. Od kilku miesięcy Kaczyński jednak nie lewituje i nagle nie mamy już Tuska - zbawcy, ale Tuska - nie radzącego sobie z kłopotami administratora.
Donald Tusk jest najsprawniejszym politykiem na naszej tzw. scenie. Ale zarządcą jest po prostu słabym, a zarządza się raczej dzięki własnym umiejętnościom niż charyzmie. Charyzmą zresztą Tusk już dwa razy wygrał wybory. Trzeci raz może się nie udać.
Świat politycznych komentarzy jest oczywiście wybitnie labilny. Jakieś dwa miesiące temu dość powszechnie mówiono o nieuniknionej trzeciej kadencji Tuska, teraz dość powszechnie mówi się o jego nieuchronnym upadku. Cóż, w polityce nie istnieje nic takiego jak nieuniknioność i nieuchronność. Wszystko zdarzyć się może.
Niby wszystko, ale proces gnilny jest mocno zaawansowany. Kapitan
sprawia wrażenie bezradnego. Drużyna jest zdemotywowana. Pomysłu na grę nie ma. Publiczność jest w najlepszym razie znudzona, w najgorszym wściekła. Ludzie, jak na hiszpańskich stadionach, wściekli na drużynę i trenera mają już w kieszeniach białe chusteczki, którymi machają, by dać mu znać, że czas odejść.
Polacy jeszcze nie wyciągnęli chusteczek z kieszeni, ale mogą to zrobić w każdym momencie. A gdy już to zrobią odwrotu nie będzie.
Donald Tusk może oczywiście czekać. Przeczekał już niejedną burzę i niejeden problem. Tym razem jednak nastąpiła wyraźna zmiana sytuacji. Czas przestał być jego sojusznikiem. Czas zaczął grać przeciw niemu.