Z wpisów w internecie wynika, że zdecydowanej większości ludzi absolutnie nie podoba się pomysł podwyższenia pensji premiera, tak jak i tu pisałem, każdego premiera, do poziomu, który pozwoliłby mu uniknąć dziadowania. W porządku. Miejmy tylko odwagę, by przyjąć, że ma to swoje konsekwencje.

REKLAMA
Po pierwsze, nie uważam, że wydawanie publicznych pieniędzy na garnitury, cygara, alkohole czy restauracje ma jakiekolwiek uzasadnienie. Publicznie nazwałem tę praktykę kompromitującą.
Po drugie, uważam za kompromitującą sytuację, gdy byłego premiera, a obecnego lidera PIS, przed wyborami muszą ubierać w jakieś przyzwoite rzeczy, żeby nie wyglądał jak dziad. Uważam też za kompromitującą sytuację, w której publika debatuje o garniturach szefa rządu i sukienkach jego żony. A debatuje, bo jeśli nie mają oni w Europie wyglądać jak ubodzy krewni z przaśnolandii, garnitury te i sukienki są kupowane z pieniędzy tak czy owak publicznych.
Po trzecie, uważam, że jest kompromitujące dla państwa polskiego, gdy dwaj żyjący byli prezydenci wybrani w powszechnych wyborach, muszą jeździć po świecie z wykładami albo doradzać szemranym postaciom, by związać koniec z końcem. A muszą tak robić, bo państwo oferuje im kilka tysięcy emerytury.
Po czwarte uważam, że powinno nam być wstyd, że przez lata toczyła się u nas idiotyczna dyskusja o samolotach dla najważniejszych osób w państwie, zakończona dość oczywistą konkluzją - samolotów nie kupimy, bo się publika zdenerwuje.
Uważam też za śmieszną sytuację, gdy prezydent naszego państwa jedzie z wizytą do USA rejsowym samolotem i zamiast koncentrować się w komfortowych warunkach przed najważniejszymi spotkaniami, musi pozować do fotek z pasażerami.
Wciąż będę się upierał, że niepoważne jest państwo, w którym szef rządu zarabia mniej niż reporterzy najważniejszych programów informacyjnych, w którym szef rządu zarabia mniej, a często dziesięciokrotnie mniej, niż szefowie największych spółek skarbu państwa.
Uważam, że jest demoralizujące, gdy dysproporcja między uposażeniem parlamentarzysty a europarlamentarzysty jest tak wielka, że w każdej partii trwa wyścig o to, by w końcu ewakuować się z Warszawy i zacząć zarabiać przyzwoite pieniądze w Brukseli.
Dyskusyjne byłoby twierdzenie, że sposobem uzdrowienia naszej klasy politycznej jest zapewnienie jej lepszych pieniędzy. Tak proste to niestety nie jest. Jest natomiast bezdyskusyjne, że na tym poziomie zarobków, do polityki będą chcieli iść niemal wyłącznie ludzie, dla których posłowanie będzie sposobem na wielki awans finansowy (zanim zamarzą o większym, brukselskim).
Znam bardzo wielu stosunkowo młodych prawników i bardzo wielu stosunkowo młodych biznesmenów, z których - nie przez przypadek - żaden przez sekundę nie pomyślał i nie pomyśli o wejściu do polityki. Dlaczego? Bo to byłaby dla nich degradacja finansowa. Jasne, nie ma obowiązku wchodzenia do polityki. Nie ma, ale nie dziwmy się, że cały czas oglądamy te same twarze polityków, a jak się pojawiają jacyś młodzi, to są zdecydowanie gorsi niż liderzy starsi. Jak moneta gorsza wypiera lepszą, to skutki muszą być jakie są.
Dziś, na przykład w parlamencie, mamy grupę parlamentarzystów ciężko pracujących (mniejszość) i speców od podnoszenia rąk (większość). Gdyby wszystkim im podnieść automatycznie pensje nie miałoby to sensu, bo niby dlaczego płacić więcej za stosunkowo nieskomplikowaną czynność jaką jest podnoszenie ręki. Ale gdyby parlamentarzystów było dwa razy mniej, a nic złego by się od tego nie stało, uposażenia mogłyby być zdecydowanie wyższe.
Oczywiście propozycja podniesienia płac politykom jest z założenia niesłuszna, w przeciwieństwie do propozycji podniesienia płac na przykład nauczycielom, która jest z założenia słuszna. Przyjmijmy jednak w związku z tym, że kiepskich obecnie
polityków, zastępować będą ludzie jeszcze słabsi, że średnio kompetentnych będą zastępować jeszcze mniej kompetentni.
Będzie na pewno sprawiedliwie. I nie za mądrze. Ale w końcu po co ma być mądrze, ma być sprawiedliwie, po równo, żeby lud się nie zdenerwował. Prezydent ma lecieć do Nowego Jorku rejsowym, premier ma jechać na narty do Włoch samochodem, na wizyty zagraniczne niech jadą bez żon albo z żonami ubranymi w sukienki, które powodują konsternację u gospodarzy. Nie ma sprawy, tak chcemy - tak będzie.
Vox populi nie zawsze jest głosem Boga i nie zawsze jest głosem rozsądku. Ale skoro politycy ludu się boją, muszą ulegać nawet najbardziej prymitywnemu populizmowi i głos ludu staje się głosem ostatecznym.
Powtarzam, może być tanio i przaśnie, zgrzebnie i dziadowsko, ale na końcu cenę za to zapłacimy my, wyborcy. Ta pozorna sprawiedliwość i pseudorówność to nam wyjdzie bokiem. Amen.
P.S. Mam apel i prośbę do polityków, biznesmenów i innych osób publicznych, które są naszymi autorami w naTemat. Napiszcie szczerze (no dobrze, wiem czym to grozi - a więc dość szczerze), jak ta finansowa strona naszej polityki z pensjami włącznie, powinna wyglądać. Chętnie usłyszę słowa krytyki (poparcia też). Sądzę jednak, że akurat naTemat jest miejscem, gdzie taka debata może mieć miejsce. Tym bardziej, że jest ważna i potrzebna. A więc zapraszam.