Najdłuższa debata nowoczesnej Europy, debata o OFE, doprowadziła mnie do paru wniosków, prawdę mówiąc, najmniej mających wspólnego z samym OFE. Albo inaczej, doprowadziła mnie do wniosku, że OFE to sprawa bardziej istotna dla mnie obywatela niż dla mnie - przyszłego emeryta.

REKLAMA
Mamy bowiem w istocie dwie debaty. Pierwsza, to debata o tym co zrobić i jak zrobić, byśmy my, przyszli emeryci, mieli raczej więcej niż mniej. Druga to debata o tym, co ewentualne zmiany w OFE oznaczają dla państwa i obywateli. Mamy więc debatę dotyczącą przyszłych emerytów i debatę obywatelską o prawie własności i o władzy.
Jak pewnie wielu Polaków jestem w tych dwóch debatach pogubiony. Ale najbardziej jestem pogubiony w debacie drugiej. Bo w sprawie tego, co dotyczy Lisa - przyszłego emeryta, zjednoczone wysiłki OFE i przeciwników OFE okazały się bardzo skuteczne.
Oto OFE przekonywały mnie, że ZUS to właściwie bankrut, a więc łączenie swoich nadziei o w miarę spokojnej starości z ZUS-em jest naiwne. Macie mnie. Przyjąłem to. Równie skuteczne okazały się jednak argumenty, że nawet jeśli ZUS ma luki, wady, słabości i niczego nie gwarantuje, to żadną realną zmianą nie jest OFE. Czyli ja - przyszły emeryt Lis - zrozumiałem, że tak czy inaczej jestem w d.....Tak czy inaczej moja emerytura może być co najwyżej głodowa. A więc ZUS czy OFE, różnicy nie widzę.
To specyficzny skutek pojedynku. Normalnie mówi się - gdzie dwóch walczy tam trzeci korzysta. Wiem, że na pojedynku ZUS z OFE i na pojedynku zwolenników ZUS-u ze zwolennikami OFE, ja - przyszły emeryt - zyskałem tyle, że zrozumiałem, iż dla mnie to bez różnicy. Może różnica i jest, ale ja jej nie dostrzegam. Widocznie argumenty obu stron były za słabe. Albo za mocne.
Jest i jednak druga wspomniana przeze mnie debata. Debata obywatelska. Profesor Balcerowicz mówi, że likwidacja lub ograniczenie OFE to zamach na prawo własności i prawa obywatelskie. To brzmi wiarygodnie. Choć przyznaję, że co do słuszności argumentów profesora mam wątpliwości. Jeśli OFE nic nie zmieni w moich perspektywach emerytalnych, to - z całym szacunkiem - guzik mnie obchodzi łamanie albo niełamanie praw obywatelskich albo własności. No bo jak dla mnie - emeryta nic z tego nie wynika, to co ja mam się przejmować jakimiś ważnymi prawami? Czyż nie jest to dyskusja abstrakcyjna?
Z drugiej strony słyszę ministra Jacka Rostkowskiego czy Jana Krzysztofa Bieleckiego. Mówią mi oni, że cały system OFE to tak naprawdę system wzbogacania funduszy i transferu do nich pieniędzy, które mogłyby zasilić budżet. Budżet to kategoria mało sexy. Ale jak słyszę, że moglibyśmy mieć zamiast OFE jakieś 200 miliardów na szkoły, na innowacje, na cokolwiek sensownego, to tego argumentu też nie mogę ignorować.
Najkrócej rzecz ujmując, dotychczasowa debata o OFE wyłącznie pomieszała mi myśli na temat ZUS-u i OFE. Mniej więcej rozumiem, że jako przyszły emeryt tak czy owak mam kłopot, wciąż jednak nie rozumiem, w którym wariancie mam kłopot
większy.
Być może, to wcale nie figura retoryczna - to mój błąd. Nie rozumiem, to znaczy jestem za głupi, żeby zrozumieć. A jednocześnie chciałbym zrozumieć. Może takich jak ja wciąż nierozumiejących albo rozumiejących za mało, jest za mało. Wniosek? Proszę o dalsze argumenty, o dalsze materiały, na podstawie których miałbym, mógłbym dojść do sensownych wniosków.
Bo już wiem, że sprawa jest ważna. Ale czy jest ważna dla mnie przyszłego emeryta czy dla mnie obywatela? Nie wiem. POMOCY!