To, co się dzieje w Syrii i wokół Syrii, mówi bardzo wiele o współczesnym świecie i o współczesnej polityce międzynarodowej. To, co się dzieje w Egipcie, mówi bardzo wiele o arabskiej rewolucji, arabskiej demokracji, ale i o tym, co udało się w ostatnim ćwierćwieczu Polsce i innym krajom naszego regionu.
REKLAMA
Prezydent Obama ma ogromny problem. W wojnie domowej w Syrii zginęło już 100 tysięcy ludzi, ale aż do środy można było udawać, że to wojna dwóch złoczyńców, do której lepiej się nie mieszać.
Podejrzenie, że syryjski reżim użył przeciw swym obywatelom broni chemicznej zmienia sytuację. Zmienia o tyle, że sam Obama dokładnie rok temu opowiadając się przeciw jakiejś interwencji w sprawie Syrii lub w Syrii stwierdził, iż użycie broni chemicznej będzie stanowiło "czerwoną linię" po przekroczeniu której, świat nie będzie już mógł być dalej bezczynny.
Wiele wskazuje na to, bo jednoznacznych dowodów wciąż nie ma, że ta linia właśnie została przekroczona. I co teraz? Na razie, dopóki dowody na użycie broni chemicznej nie są jednoznaczne, wystarczą gesty i napinanie muskułów. Amerykański lotniskowiec w okolicach Syrii w gotowości, doniesienia o naradach wojennych w Waszyngtonie - non stop.
Ale co będzie jeśli okaże się, że czerwona linia została definitywnie przekroczona? Kanclerz Merkel już wypowiedziała się przeciw interwencji. Jasne, trudno by powiedziała coś innego miesiąc przed wyborami, które zdecydują czy będzie bundeskanclerzem przez następną kadencję.
Jednak sceptycyzm Merkel ma oczywiście racjonalne podstawy. Interwencja? Tak, moralnie słuszna. Ale jak miałaby wyglądać? Miałaby być przeprowadzona za pomocą rakiet cruise? Miałaby być to interwencja lotnictwa? Sił lądowych? Jak dużych sił? W jakim składzie?
A co z zielonym światłem wspólnoty międzynarodowej? Już teraz mówi się, że nie ma mowy, by Chiny oraz Rosja autoryzowały interwencję w ONZ. Musiałaby to więc być akcja a la Kosowo sprzed 14 lat. Interwencja bez zgody Rady Bezpieczeństwa. Albo jak w Iraku 10 lat temu.
No właśnie. Kosowo byłoby argumentem za. Jakoś klocki udało się w tym kraju pozbierać. Ale Irak? Cóż, George Bush dał wspaniałe alibi przywódcom zachodnim, którzy chcieliby interwencji wojskowych w innych krajach w sytuacji, gdy byłyby one uzasadnione. Nauczył jednak także całe pokolenie polityków, że gdy myśli się o tym, by uderzyć naprawdę trzeba się długo zastanowić i nad powodami i nad konsekwencjami.
Co miałoby się bowiem zdarzyć po interwencji? Czy miałby być w Damaszku zainstalowany nowy rząd? Jaki? Sympatyzujący z Iranem, Hezbollahem i Hamasem? Taki jak rząd Morsiego w Egipcie, który błyskawicznie pokazał, co w wyniku zwycięstwa wyborczego robią z demokracją wrogowie demokracji i ci, którzy utożsamiają demokrację z własnymi rządami?
Pytań jest tak wiele i są tak zasadne, że mogą przyprawiać o ból głowy. I jednocześnie sugerować międzynarodowej wspólnocie myśl o tym, że skoro jakiekolwiek sensowne rozwiązanie w Syrii jest wybitnie trudne, to myślenie o niej trzeba sobie darować - lepiej ograniczyć się do gestów, symboli i słów.
W istocie przestrogą w sprawie Syrii może być nie tylko ostatnich 10 lat w Iraku, ale i ostatnie dwa lata w Egipcie. Zamiast demokracji prawdziwej, próba wprowadzenia zamordyzmu, potem zamiast zamordyzmu islamskiego, zamordyzm wojskowy, jak dawniej. Były prezydent Mubarak w areszcie, obalony prezydent Morsi uwięziony. Na ulicach walki i ofiary cywilne.
Egipt zanurza się po szyję w chaosie, inflacja rośnie, gospodarka się rozpada. Ciekawe, ilu Polaków pomyśli w przyszłym roku o wakacjach w tym kraju. Niby jakie to ma znaczenie? Ma. Ruina przemysłu turystycznego byłaby kolejnym ciosem w Egipt. A ceny, jakie płacilibyśmy za wakacje w innych krajach, byłyby znacznie wyższe niż dziś, bo biura podróży musiałyby sobie jakoś odbić egipskie straty. To najmniej znacząca chyba konsekwencja sytuacji w Egipcie, raczej wskazówka, że to co się tam dzieje, naprawdę powinno nas obchodzić.
Nawiasem mówiąc to, co się dzieje w Syrii czy w Egipcie powinno nas obchodzić, wbrew temu, co zdają się sugerować stacje telewizyjne w Polsce, także bez związku z naszymi turystami. Destabilizacja na Bliskim Wschodzie może po prostu wszystkich bardzo drogo kosztować.
No właśnie. Destabilizacja jest wielkim zagrożeniem. Automatycznie może to sugerować, że największą wartością jest na Bliskim Wschodzie stabilizacja. Cóż, sęk w tym, że stabilizacja na Bliskim Wschodzie na razie oznacza nie stabilną demokrację, ale stabilną dyktaturę. Ale czy oznacza to, że cała arabska rewolucja była funta kłaków nie warta i że przyniosła jedynie problemy, żadnych problemów nie rozwiązując? Niestety, na razie tak to wygląda.
Wolę nie brnąć w rozważania, czy Arabowie są mentalnie zdolni do życia w porządku demokratycznym, bo pytanie jest więcej niż niepoprawne politycznie. Trudno jednak z perspektywy bliskowschodniej nie docenić cudu, który zdarzył się między innymi w Polsce. Bezkrwawa rewolucja, demokracja, gospodarcza transformacja. Wszystko w trudnych okolicznościach, wszystko ze sporymi społecznymi kosztami. Ale w sumie wszystko idące w dobrym kierunku. Naprawdę, warto o tym pamiętać, wszystko mogło się u nas potoczyć w sposób o wiele bardziej "bliskowschodni".
I doceńmy także to, że inaczej niż 24 lata temu, nikt nie pyta już, czy dojrzeliśmy do demokracji i rynkowej gospodarki, nikt przytomny nie uważa już nas za gorszych, może za biedniejszych tak, ale nie za gorszych. I także my sami za gorszych nie powinniśmy
się uważać.
się uważać.
Tego samego należałoby życzyć Syryjczykom i Egipcjanom. Tego samego mniej więcej co udało się nam. Dziś spełnienie się tych życzeń wydaje się jednak wyjątkowo trudne. Z dnia na dzień coraz trudniejsze.
