Pan Janusz Piechociński, jak każdy widz, ma prawo wypowiadać swoje zdanie o telewizji publicznej i o jej poszczególnych programach oraz autorach. Ma też święte prawo do krytyki wszystkich i wszystkiego. Byłoby jednak dobrze, gdyby wicepremier obejrzał program, który recenzuje.

REKLAMA
Zdaniem wicepremiera rozmowa o stosunku kibiców i piłkarzy do sportowca, który okazałby się gejem, jest niepoważna, bo to rozmowa o sprawach intymnych. W programie nie rozmawiałem jednak o tym, który to piłkarz w Polsce jest gejem, ani kto o bycie gejem ewentualnie jest "podejrzewany". To była rozmowa o tolerancji!
O prawach gejów wypowiedział się ostatnio papież Franciszek. W jednym z wywiadów mówił o nich dwa tygodnie temu prymas Polski. Jakim prawem? Przecież to sprawy intymne!
Sprawę tolerancji wobec sportowców - gejów wywołał niedawno prezydent Putin, doprowadzając do wprowadzenia w Rosji ustaw antygejowskich. Wywołało to wielką burzę na całym świecie. O tej sprawie pisały wszystkie najważniejsze światowe gazety i to na pierwszych stronach.
U nas, poseł PiS Jan Tomaszewski poparł ustawy Putina i stwierdził, że nie wyobraża sobie, by gej był razem z nim w sportowej szatni. Dyskusja przeniosła się w ten sposób na nasze krajowe podwórko. Dyskusja ważna, bo jako się rzekło, nie o szatni tu mówimy, ale o tolerancji w Polsce. Dla pana Piechocińskiego to sprawa czwartorzędna. Dla mnie wręcz przeciwnie.
W rozmowie z reporterem Radia Zet wicepremier Piechociński stwierdził, że mój program stoczył się na dno, bo rozmawiam o gejach w sportowej szatni, a "w tych dniach najważniejsza jest kwestia Syrii".
Tu się zgadzam, panie premierze. Sęk w tym, że prawie pół swojego programu poświęciłem właśnie Syrii. Krótko mówiąc, skompromitowałem się, nie mówiąc o Syrii, ponieważ mówiłem o Syrii. Mam nadzieję, że wicepremier Piechociński wypowiadając się o gospodarce, wie więcej o gospodarce, niż wie o moim programie, wypowiadając się na temat tego, co w nim jest.
Nie chcę nawet odnosić się do formy w jakiej wicepremier obsztorcowuje na chodniku szefa publicznej telewizji. A tym bardziej do serwowanych przez wicepremiera wycieczek osobistych. Nie pozwala mi na to zażenowanie. W każdym razie kryzys w gospodarce chyba naprawdę się skończył, skoro minister od gospodarki monitoruje programy informacyjne, co sam przyznaje. Jest więc w tym całym nieszczęsnym epizodzie pewne przesłanie pozytywne.