Już nie wiadomo co gorsze. Czy gorsza była Ameryka Busha, która – także za pomocą kłamstw – próbowała swą wolę narzucić światu, czy Ameryka Obamy – jak się wydaje – woli pozbawiona.
REKLAMA
Aż przykro patrzeć jak administracja Obamy daje się ogrywać Syrii i Rosji. Aż przykro patrzeć jak Obama sam osłabia swą prezydenturę, a sekretarz stanu Kerry pozwala niemądrymi wypowiedziami osłabić ją jeszcze bardziej.
Dwa tygodnie temu Kerry i inni przedstawiciele administracji dają do zrozumienia, że uderzenie w Syrię jest tuż, tuż. Nie wchodzę tu w rozważania czy miałoby ono sens czy nie. Taka deklaracja Waszyngtonu musi mieć konsekwencje. Jeśli uderzenie nie następuje, przywództwo prezydenta jest natychmiast podważone. Jego wiarygodność dramatycznie spada.
Ale chwilę później Obama, zaskakując wszystkich swoich współpracowników, oświadcza, że będzie się starał uzyskać dla tego uderzenia poparcie Kongresu. Czyli albo Kongresu mu poparcia nie da – prezydent jest osłabiony, albo mu je da – jest wtedy jednak osłabiony przez sam fakt, że prosił o zielone światło.
Po drodze okazuje się, że z dnia na dzień poparcie w Kongresie dla ewentualnego uderzenia słabnie. Czyli prezydent słabnie. Sekretarz Kerry wciąż daje jednak do zrozumienia, że uderzenie nastąpi. Nawet bez poparcia Kongresu? To po cóż o nie proszono?
Potem na konferencji prasowej dziennikarz zadaje Kerry'emu pytanie, czy Syria może jakoś powstrzymać uderzenie. Na co Kerry, budząc niepomierne zdziwienie, stwierdza, że tak – jeśli odda swą broń chemiczną. Kilkadziesiąt minut później Departament Stanu usiłuje tę deklarację zbagatelizować, choć jest to trudne, bo przecież słowa, znaczące słowa, padły.
Skoro Kerry sam zastawił na swą administrację sidła, to wrogowie Ameryki pomagają jej, by w nie wpadła. Oto Rosja popiera pomysł – dzyń, dzyń, dzyń – dzwonią dzwonki ostrzegawcze, bo skoro Rosja w sprawie Syrii popiera Amerykę, to wiadomo, że dotyczy to inicjatywy korzystnej raczej dla Syrii i Rosji niż dla Ameryki.
Na co – cha, cha – z całą pewnością bez konsultacji z Moskwą, Syria oświadcza, że w zasadzie jest gotowa pomysł poprzeć. Na co Moskwa, że Rosja pomoże zorganizować audyt owej broni chemicznej i późniejszą jej likwidację. W tym momencie na horyzoncie pojawia się szansa na złagodzenie napięcia. Oczywiście w efekcie w Kongresie rosną w siłę przeciwnicy uderzenia.
Tak to w dwa tygodnie:
1. Obama stał się zakładnikiem swej "czerwonej linii",
2. Stał się zakładnikiem Kongresu,
3. Stał się poniekąd zakładnikiem Rosji,
4. Syryjski reżim nagle złapał rzuconą mu linę i z reżimu oprawców zamienia się w reżim szukający szansy na pokój,
5. Zmarginalizowana w sprawie Syrii Rosja nie tylko wchodzi do gry, ale wyrasta na jednego z głównych rozgrywających.
2. Stał się zakładnikiem Kongresu,
3. Stał się poniekąd zakładnikiem Rosji,
4. Syryjski reżim nagle złapał rzuconą mu linę i z reżimu oprawców zamienia się w reżim szukający szansy na pokój,
5. Zmarginalizowana w sprawie Syrii Rosja nie tylko wchodzi do gry, ale wyrasta na jednego z głównych rozgrywających.
Niewiarygodne jak szkolne błędy popełniają amerykański prezydent i jego sekretarz stanu. Już dali się rozegrać. A jest spore prawdopodobieństwo, że jeszcze osłabną.
Dziś wieczorem Obama ma wystąpienie do narodu. Bardzo ciekawe jaką opowieść narodowi sprzeda. Wiadomo w każdym razie, że naród czasem popiera ryzykowną inicjatywę przywódcy, ale nigdy nie poprze lidera, który jest słaby i się waha.
To wszystko nie jest tylko epizodem. To ważna lekcja dla całego świata. Tej Ameryce i temu prezydentowi można zagrać na nosie. W ostatnim czasie pozycja Ameryki na świecie znacznie osłabła, choćby w skutek gospodarczego kryzysu w USA i ekspansji nowych potęg (Chiny). Teraz sama Ameryka kwestionuje jednak nawet swą wolę przewodzenia.
Jeden z amerykańskich prezydentów sugerował kiedyś, że Ameryka musi mówić łagodnie, ale trzymać wielki kij. Obama jest wspaniałym oratorem, ale za jego wzniosłymi słowami kryje się mały kijek. Bo co wynika z siły, której nie tylko nie chce się użyć, ale na użycie której nie ma się nawet dość odwagi.
Nie ma co się z tej słabości Ameryki cieszyć. Jest ona dobrą wiadomością dla różnej maści dyktatorów i dyktatorków. W Moskwie radość. Rzadko jest to dobra wiadomość dla Warszawy.
