Rekonstrukcja rządu, która właśnie się dokonała, nie jest ani tak niezwykle ważna, jak niektórzy sądzili, ani całkowicie nieistotna, jak uważają przeciwnicy rządu. Generalnie, decyzje premiera wydają się sensowne, choć politycznie wielkiego znaczenia nie mają.
REKLAMA
Po pierwsze, gdy mówi się o rekonstrukcji, dobrze jest ustalić, z jakiego punktu widzenia ją oceniamy. Czy z punktu widzenia tego, co oznacza dla ministerstw i całego rządu, czy z punktu widzenia tego, co oznacza dla siły premiera, czy z punktu widzenia tego, co oznacza dla partii rządzącej i dla jej notowań.
Jeśli idzie o kompetencje nowych ministrów, zmiany należy ocenić pozytywnie. Może z wyjątkiem zmiany na stanowisku ministra sportu, która była ukłonem złożonym nie kompetencji, ale układowi wewnątrz PO.
Awans Elżbiety Bieńkowskiej jest naturalny. Przez sześć lat demonstrowała urzędniczą sprawność, a to dużo, gdy mowa jest o wydawaniu największych pieniędzy, jakie kiedykolwiek ktokolwiek w Polsce wydawał.
Joanna Kluzik-Rostkowska pokazała, że jest sprawnym urzędnikiem już w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Teraz jest na swoim miejscu, kompetencji jej nie brakuje, a komunikatywnością przerasta swoje dwie poprzedniczki.
Lena Kolarska-Bobińska, to osoba poważna i ogólnie szanowana. Środowiska naukowe będą się z nią liczyć, a to sprawa kluczowa, bo choć Barbara Kudrycka wprowadziła szereg pozytywnych zmian, to wprowadzenie ich wygenerowało sporą liczbę negatywnych relacji między nią a wszystkimi, których zmiany dotyczyły.
Trzy kompetentne kobiety zajmą trzy ważne stanowiska. To ważny ukłon w stronę kobiet i kobiecych środowisk. Lena Kolarska-Bobińska była ważna postacią w Kongresie Kobiet, a Joannę Kluzik-Rostkowską pozytywnie w tym środowisku oceniano także wtedy, gdy była w PiS-ie.
Najbardziej niecierpliwie czekano na nazwisko nowego ministra finansów. Mateusz Szczurek wchodzi w buty poprzedników z wielkimi kompetencjami i olbrzymim dorobkiem, Balcerowicza, Belki, czy Rostowskiego. Będzie mu ciężko. Nie ma jednak powodu, by sobie nie poradził. Robi dobre wrażenie, a publika twarz młodego, kompetentnego człowieka przyjmie zapewne z życzliwością. Jego głównym zadaniem będzie przygotowanie budżetu na rok wyborczy, a ma na to ponad pół roku.
Druga "młoda" nominacja, to Rafał Trzaskowski, człowiek, który od kilku lat bardzo pilnie odrabiał pracę domową. Dzięki świetnej kampanii awansował do europarlamentu, w którym naprawdę ciężko pracował. Powinien sobie poradzić, pewności siebie mu nie brakuje, może nawet ma jej ciut za dużo, następnym razem powinien, występując publicznie, wyjąć rękę z kieszeni.
Ważne, że premier dobrał ludzi, którzy dają solidną gwarancję, że nie są bombami pułapkami, które szefowi rządu eksplodują w rękach, a taką bombą pułapką było na przykład powierzenie stanowiska ministra Jarosławowi Gowinowi.
Wizerunek rządu nie zmieni się radykalnie, ale trochę się na pewno poprawi. Praca nie ruszy może z kopyta, ale nowi ludzie z nową energią na pewno pomogą. Zresztą ważniejsze niż to, kto będzie wykonywał pracę, jest to, jaka praca ma być wykonana. Rozumiem, że tego dowiemy się za kilka dni.
Od dawna przekonuję, że najważniejsze jest nakreślenie przez premiera kierunku zmian. Polacy muszą wiedzieć, czego chcą premier i rząd, co jest priorytetem, a co nim nie jest, muszą mieć poczucie, że pilot naprawdę chce siedzieć za sterami i naprawdę doskonale wie, jaki obrał kurs. To zadanie samego Donalda Tuska. I musi się z niego wywiązać niemal perfekcyjnie, jeśli notowania Platformy nie tylko mają nie spadać, ale jeśli miałyby pójść w górę.
To, co się dziś stało, absolutnie nie będzie miało kluczowego wpływu na los rządu i Platformy. Może rządowi, premierowi i Platformie pomóc, ale wyłącznie pod warunkiem, że szef rządu i jego ludzie wykażą: a - wizję, b - determinację, c - gotowość tłumaczenia nam każdego dnia, co i po co robią. Tu nie można sobie żadnego dnia odpuścić.
Premier panuje nad partią i nad rządem, ma w rękach wszystkie karty. Z wyjątkiem jednej. Nie ma już tego kredytu zaufania, którym dysponował sześć lat temu, a nawet dwa lata temu. A wiadomo, że odbudowywanie go wymaga morderczej pracy i nawet ona
nie gwarantuje sukcesu.
nie gwarantuje sukcesu.
Zdarzyło się dziś coś w sumie pozytywnego, ale to, co najważniejsze, dopiero się zdarzy. Oczywiście jeśli się zdarzy. Premier dokonał zmian, ale nie kupił sobie nimi czasu. Akurat czasu nie ma, czas gra teraz przeciw niemu. By to zmienić, należy totalnie przyspieszyć, uznając, że dzisiejsze zdarzenia są wyłącznie punktem wyjścia.
Donald Tusk musi teraz Polakom bardzo wiele udowodnić. Słowa mu pomogą, ale nikogo ani niczego słowami się już nie zaczaruje. Jak to powiedział, cytując Norwida na zakończenie swego pierwszego expose sam Donald Tusk – wolni ludzie, tworzyć czas.
