Przykro mi to mówić, bo cenię Jacka Protasiewicza, ale nie wydaje mi się, by mógł on dalej kandydować na europosła, a już tym bardziej kierować kampanią PO do Europarlamentu.
REKLAMA
Wyobrażam sobie, że niemiecki funkcjonariusz rzeczywiście mógł być arogancki i obcesowy. Wyobrażam sobie, że nasz europoseł rzeczywiście mógł się wściec. Ale przyjmując nawet najbardziej korzystny dla niego wariant wydarzeń, zachowanie
Jacka Protasiewicza jest nie do obrony. Szkoda na nią po prostu czasu.
Jacka Protasiewicza jest nie do obrony. Szkoda na nią po prostu czasu.
Nerwy może tracić kibol, pijak, ale nie może ich tracić eurodeputowany, do tego wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Jacek Protasiewicz swoim zachowaniem wylądował w kategorii Rokita-Hofman-Wipler, czyli dołączył do grupy ludzi, którzy swoim zachowaniem się skompromitowali. Współczuję mu, bo jest miłym i inteligentnym politykiem. Ale politykowi pewne rzeczy uchodzić nie mogą.
Można powiedzieć, że Protasiewicz miał pecha. Gdyby taka historia przydarzyła mu się trzy lata temu, do końca kadencji pewnie by przyschła. Ale zdarzyła się dokładnie trzy miesiące przed wyborami. Protasiewicz miał pomagać Platformie. Teraz stał się dla niej obciążeniem, balastem
Dlatego premier Tusk i Platforma nie mają wyjścia. Chyba, że chcą, żeby przez cała kampanię opozycja jeździła i po eurodeputowanym od kieliszka wina do mięsa, i po Platformie, która na ten incydent nie zareagowała jak należy.
Donald Tusk może być zły wiedząc kto się z całej tej historii cieszy. Ale miałby jeszcze większe powody do złości, gdyby teraz nie wyciągnął wniosków i pozwolił, żeby za trzy miesiące wrogowie Protasiewicza, Tuska i PO cieszyli się jeszcze bardziej.
