Łatwo ulec pokusie - po sobotnio - niedzielno - poniedziałkowej pełnej niepokoju drgawce wczoraj nastąpiło swoiste nastrojowe detente. Ale nie można ulegać żadnym złudzeniom - owo odprężenie jest bowiem złudzeniem, które ma politycznie i emocjonalnie rozprężyć wolę Zachodu do stanowczej odpowiedzi na agresję Rosji. Nie o odprężenie tu więc idzie, a właśnie o rozprężenie.
REKLAMA
Przyznam szczerze, a podejrzewam, że wielu czytelników miało wrażenia podobne - w miniony weekend i w poniedziałek po ludzku się bałem. Wojny tuż za naszą granicą, gospodarczych reperkusji ogarniających cała Europę, w tym Polskę, a więc każdego z nas. I gdy to "clear and present danger" nagle wydało się wczoraj nie tak clear i nie aż takie danger, u wielu może się pojawiać pokusa myślenia, że właściwie kryzys już minął, że najgorsze za nami, że w końcu ten cały Krym nie jest aż tak ważny.
Nie można tej pokusie ulegać. Tu nie idzie bowiem o żaden Krym, ale o imperialne plany Putina, które naprawdę nie zmieniły się z poniedziałku na wtorek. W jego planie Krym ma służyć wyłącznie do destabilizowania sytuacji na Ukrainie, do osłabienia, a najlepiej paraliżowania rządu na Ukrainie, takby za jakiś czas europejczycy i europejskie rządy miały po dziurki w nosie Ukraińców, Ukrainy i jej nierozwiązywalnych problemów.
Taki ma być efekt. Jedyny sposób, by temu zapobiec to po pierwsze, podtrzymać w sobie wolę działania. Po drugie, najważniejsze - działać! Premier Tusk podkreśla, że ważna jest tu jednolitość stanowiska najważniejszych sił politycznych w Polsce. Ma rację. Mówi też, że Polska musi być w sprawie Ukrainy w awangardzie, ale jednocześnie nie może sobie pozwolić na to, by działać poza Europą. Idzie raczej o konsekwentny wysiłek, by stanowisko polskie stało się stanowiskiem europejskim.
Ale tu pojawia się inny problem. Idzie także o to, by stanowiskiem europejskim stało się stanowisko amerykańskie. Dlaczego? Bo już widać, że nie tylko ocean dzieli w sprawie stosunku do Ukrainy USA i najważniejsze kraje europejskie. Amerykanie mówią ostro i chcą zagrać ostro. Najważniejsze państwa europejskie mówią już nie tak ostro, a działać ostro po prostu nie chcą.
Dokument w rękach premiera Camerona pod hasłem, że sankcje tak, byle nie dotknęły londyńskiego City jest równie kompromitujący co symboliczny. Sankcje tak, pod warunkiem, że nie dotkną nas ich efekty albo retorsje. Tak samo myślą, nawet jeśli nie mówią tego głośno, Niemcy i Francuzi. Smutny to przykład braku wyobraźni europejskich przywódców, ale przecież nie zaskakujący, prawda? Pamiętamy 39 rok, Bośniacy pamiętają początek lat 90-tych.
Odtwarza się więc, choć trochę odmieniony i być może mniej korzystny dla Polski, a w efekcie dla Ukrainy, podział na Starą i Nową Europę. Twardych sankcji chce Ameryka, chce ich Polska, Szwecja i inne państwa Unii kiedyś należące do bloku wschodniego. Choć, przepraszam naszych prawicowców, już nie Węgry Orbana, które Putinowi jedzą z ręki. Europa zachodnia woli pozory zamiast sankcji.
Sprawa byłaby przegrana, gdyby nie stanowisko Ameryki. Wczorajsze deklaracje sekretarza Kerry'ego były bardzo stanowcze. Zrozumiałe. Waszyngton wie, że stawką w walce o Krym i Ukrainę jest cała prezydentura Obamy, a w drugiej kadencji każdego amerykańskiego prezydenta, to właśnie podręczniki historii są celem najważniejszym.
Nawet gdyby za jakiś czas Putin skończył tak jak przed chwilą skończył Janukowycz, to Obama przejdzie do historii jako prezydent przegrany, jeśli teraz da się wykołować Putinowi. Hasło "yes, we can", zostałoby wielkim żartem historii i pointą nieudanej prezydentury.
Nawet gdyby za jakiś czas Putin skończył tak jak przed chwilą skończył Janukowycz, to Obama przejdzie do historii jako prezydent przegrany, jeśli teraz da się wykołować Putinowi. Hasło "yes, we can", zostałoby wielkim żartem historii i pointą nieudanej prezydentury.
Co z tego wynika? Wynikają z tego bardzo ważne zadania dla polskich władz i naszych liderów. Musimy, bo możemy, spełnić rolę łącznika między Europą a Ameryką. Musimy być teraz adwokatem nawet nie swoich (to też), ale amerykańskich propozycji. To da premierowi Tuskowi rzeczywiście mocne karty na jutrzejszym europejskim szczycie. Zagwarantuje nam, że nie zderzymy się z zarzutem o polskiej rusofobii, będziemy prezentowali racje i moralne i swoje i Ameryki.
Premier Tusk powiedział, że Ukraina to teraz dla Polski być albo nie być. Prawda. Teraz potrzebna jest z jednej strony delikatna, z drugiej strony twarda dyplomatyczna gra. Niechęci Niemiec czy Francji sami w żaden sposób byśmy nie przezwyciężyli. Mając jednak za sobą racje Waszyngtonu nie jesteśmy bez szans.
Co najważniejsze, żadna gra się nie zakończyła. Trwa pojedynek wagi superciężkiej. Jesteśmy w najlepszym razie po drugiej rundzie (zwykle jest ich 12 albo 15). Trwa chwila przerwy. Wiadomo jak jest w wadze superciężkiej. Najważniejsza jest koncentracja, bo moment dekoncentracji i ląduje się nieodwołalnie na deskach. Metafora jest może w tym konkretnym przypadku licha, bo Kliczko poradziłby sobie na ringu z Putinem. Niestety, tym razem to inny ring i inne zasady gry. Takie, w których dozwolone są wszelkie ciosy, przede wszystkim ciosy poniżej pasa.
Niestety.
Niestety.
