Ten tekst z jednej strony powinen się tu ukazać wczoraj, w rocznicę przyjęcia Polski do NATO. Z drugiej strony na ten tekst o wspaniałym Polaku i człowieku, Jerzym Koźmińskim, nigdy nie jest za późno.

REKLAMA
Jerzy Koźmiński był ambasadorem Polski w USA, gdy przez lata trwała wielka dyplomatyczna batalia o przyjęcie naszego kraju do NATO. Najpierw w Warszawie, gdy był zastępcą ministra spraw zagranicznych, potem w Waszyngtonie, gdy byłem tam korespondentem TVP, a potem znowu w Warszawie, już z oddali obserwowałem jak
fantastyczną robotę dla Polski wykonał wtedy ambasador Koźmiński.
Spokojny patriotyzm, gorące serce, metodyczny umysł - wszystkie te cechy Koźmińskiego sprawiły, że operacja "Polska wchodzi do NATO", miała wspaniałego dyrygenta, który sam napisał partyturę, a potem zagrał wspaniały koncert.
Koncert wymaga orkiestry i Jerzy Koźmiński taką orkiestrę tworzył. Jego dyplomatyczne talenty, wielka inteligencja, także inteligencja emocjonalna sprawiły, że potrafił pozyskiwać dla Sprawy zwolenników i w amerykańskiej administracji, i w amerykańskim Kongresie, i w środowiskach żydowskich. A jednocześnie zaprzysięgłych wrogów wejścia Polski do NATO, bo i takich było w USA bardzo wielu, potrafił zwykle "neutralizować".
Podkreślając zasługi naszego ambasadora w najmniejszy sposób nie zamierzam umniejszać wielkich zasług innych osób, ze wspaniałym Janem Nowakiem- Jeziorańskim
i Zbigniewem Brzezińskim na czele. Ze współpracownikami ambasadora w polskiej ambasadzie - tu wymienię dwóch - ambasadora Bogusława Winida, odpowiedzialnego za lobbowanie w Kongresie i Mariusza Handzlika, który lobbował w Pentagonie i w środowiskach żydowskich w USA (Mariusz zginął w katastrofie Smoleńskiej, był ministrem w kancelarii Lecha Kaczyńskiego).
Nie umniejszam też w najmniejszym stopniu zasług polskich polityków, z prezydentami Wałęsą i Kwaśniewskim na czele. Zasług szefów polskiej dyplomacji, Andrzeja Olechowskiego, Władysława Bartoszewskiego, Dariusza Rosatiego i Bronisława Geremka. Ale też uważam, że ta orkiestra nigdy nie byłaby tak skuteczna bez Koźmińskiego.
W amerykańskiej administracji znalazł on nie tylko sojuszników, ale także przyjaciół. Gdy wyjeżdżał do Waszyngtonu mówiło się, że największym wrogiem wejścia Polski do NATO jest zastępca sekretarza stanu, Strobe Talbott, uznawany w Polsce za rusofila. Parę miesięcy później państwo Koźmińscy gościli już u państwa Talbottów na kolacji w święto dziękczynienia (to jak w Polsce kolacja wigilijna). Niedługo potem Talbott był orędownikiem wejścia Polski do NATO. Oczywiście, był, bo opowiadał się za tym także prezydent Clinton, ale opowiadał się za tym w części dlatego, że popierał ten krok
jego przyjaciel ze studiów, właśnie Talbott.
Takich historii i takich przykładów była cała masa. Operacja "Polska w NATO" trwała pięć lat. Nieprzerwanie. Lobbing był konsekwentny, wszystko było planowane i realizowane
według założonego scenariusza. Żadnych szarż, ale uparta, wspaniała praca, tak profesjonalna, że jakby nie w naszym, polskim, zanadto zwykle romantycznym stylu.
Przy czym Koźmiński nie jest typem zimnego dyplomaty. Jest umysłem matematycznym z duszą humanisty, tak, zdolnym jak najbardziej i do uniesień i do wzruszeń.
Jerzy Koźmiński był prawą ręką Leszka Balcerowicza, gdy wprowadzano jego reformy. Potem był jedną z najważniejszych osób w otoczeniu premier Hanny Suchockiej. Po powrocie z Waszyngtonu został szefem Polsko - Amerykańskiej Fundacji Wolności, która ma wielkie zasługi dla budowy i wzmacniania w Polsce społeczeństwa obywatelskiego, a sama realizuje wiele wspaniałych projektów(wspomnę tylko o tworzeniu sieci tysięcy bibliotek w polskich gminach).
Jeszcze jedno, to ambasador Koźmiński wykonał wielką pracę, by rozwiązać "problem" pułkownika Kuklińskiego, a także - ujawnię to - by powstał film o pułkowniku, który niedawno wszedł na polskie ekrany.
Jerzy Koźmiński jest człowiekiem niezwykłym także ze względu na pewien dar. Budzi zaufanie. Wszystkich, w tym polityków w Polsce często skłóconych. To pozwalało mu nieformalnie doradzać kolejnym polskim prezydentom, podkreślę, wszystkim kolejnym polskim prezydentom.
Nie mówiłem Jerzemu Koźmińskiemu, z którym znajomość od 20 lat absolutnie niezwykle sobie cenię, że zamierzam ten tekst napisać. Nie mówiłem, bo za dobrze go znam i za dobrze znam jego skromność, by nie wiedzieć, że by mnie zniechęcał - to bardzo miłe, dziękuję, jestem wdzięczny, ale nie warto o mnie pisać. Tak by pewnie powiedział. No ale nie mogłem mu dać na to szansy.
Dlaczego? Bo warto o nim pisać. To człowiek wielkich zasług, prawdziwy, wspaniały patriota. A dziś, gdy obchodzimy rocznicę wejścia Polski do NATO tych kilka słów mu się po prostu należy.
Należy mu się coś jeszcze. Wiem, że członkostwo Polski w NATO jest dla niego największą nagrodą, ale polskie państwo, jak sądzę, może mu wdzięczność okazać, i powinno okazać, w jeszcze jeden sposób. Nadchodzi rocznica ćwierćwiecza wolnej Polski. Byłoby pięknym i uzasadnionym gestem, gdyby przy tej okazji ambasador Koźmiński został odznaczony orderem. Przyznaję, myślę o tym najważniejszym orderze. W ten sposób Polska powiedziałaby mu po prostu - DZIĘKUJĘ.