naTemat cytuje piszące na temat papieża zachodnie media. Cytuje opinie bardzo krytyczne, z czego może wyłaniać się nieprawdziwy obraz, taki mianowicie, że ciemni Polacy bałwochwalczo wielbią papieża Wojtyłę, a dorosły i racjonalny świat ostro go krytykuje. Najdelikatniej rzecz ujmując, obraz to nieprawdziwy i wniosek niesłuszny.

REKLAMA
Po pierwsze, naTemat cytuje głównie media liberalne, i to liberalne w zachodnim sensie, czyli ideowo zdecydowanie lewicowe. Uwielbiam świetne pióro Maureen Dowd z New York Timesa, ale ma ona pewną obsesję na punkcie prawicy i wszelkiego konserwatyzmu. Prezydentowi Bushowi juniorowi poświęciła więc grubo ponad setkę felietonów, nawet nie wrogich, ale miażdżących.
Z kolei, z całym szacunkiem dla dziennika la Repubblica, jest to tytuł lewicowy, zdecydowanie na lewo od "średniej" ideologicznej włoskiej prasy.
Przy czym pisząc to nie chcę twierdzić, że wszelka krytyka polskiego papieża jest niedorzeczna, nierozsądna i demagogiczna. Wiele zarzutów jest trafnych, wiele innych przynajmniej wartych zastanowienia.
Główny zarzut padający pod adresem Jana Pawła II-go, to - delikatnie rzecz ujmując niezbyt radykalna walka z przypadkami pedofilii w Kościele. W istocie, zdecydowanie nie dość radykalna. Czy papież zdawał sobie sprawę z głębi problemu, z jego skali? Nie chcę być tu adwokatem papieża, ale sądzę, że w ostatnich szczególnie latach pontyfikatu, wiele jego zaniechań naprawdę wynikało z szybko pogarszającego się stanu zdrowia.
Na marginesie. W październiku 1995 roku obsługiwałem jako korespondent w Waszyngtonie papieską pielgrzymkę w USA. Papież był w świetnej formie fizycznej. Energetyczny, pełen pasji, czarujący tłumy. Dokładnie osiem miesięcy później miałem okazję spotkać Jana Pawła II-go po mszy w jego prywatnej kaplicy w Watykanie. W sensie fizycznym był to już inny człowiek, nastąpiło jakieś skokowe pogorszenie jego formy. Widać było cierpienie. Spowolnione ruchy. Czy stan zdrowia tłumaczy te zaniechania? Nie do końca, pozwala je jednak lepiej zrozumieć.
Kolejny stawiany papieżowi zarzut - zakaz, stanowczy zakaz używania środków antykoncepcyjnych, w tym prezerwatyw, których używanie na przykład w Afryce mogło zapobiec śmierci setek tysięcy ludzi.
I kolejne zarzuty - "nie na czasie" nauka seksualna Kościoła. Sprzeciw wobec współżycia przed ślubem, wzywanie homoseksualistów do życia w czystości. Fakt, że praktyka, także polska, pokazuje, iż miliony katolików kościelną naukę w tej sferze ignorują i z tym ignorowaniem problemu żadnego nie mają. Pytanie tylko czy w związku z tym Kościół powinien nauczać inaczej? To trochę tak, jakbyśmy wzywali do likwidacji kodeksu karnego, bo ludzie popełniają przestępstwa.
Inna sprawa, że w czasie soboru watykańskiego biskupi długo debatowali o stanowisku Kościoła w sprawie użycia środków antykoncepcyjnych i bardzo wielu było za ich dopuszczalnością. Zwyciężyła jednak inna opcja i - jak to w Watykanie Roma locuta causa finita.
Więcej sensu widzę w krytyce Kościoła w sprawie in vitro, a jeszcze więcej w sprawie możliwości korzystania z sakramentów przez rozwodników. Staram się zrozumieć dlaczego do komunii świętej może przystąpić zabójca, a nie może rozwodnik. Czy życie ludzie jest mniej święte od uświęconego wprawdzie, ale nieszczęśliwego małżeństwa?
Sam do zarzutów stawianych papieżowi dopisałbym jeszcze dwa. Polityka kadrowa, szczególnie w polskim Kościele i zdecydowanie zbyt daleka tolerancja dla mało chrześcijańskich wybryków i zupełnie niechrześcijańskiego często przesłania Radia Maryja. Jeśli mówimy, że polski Kościół jest taki "niewojtyłowy", to jednak warto pamiętać, że hierarchia jest szalenie wojtyłowa w tym sensie, że o jej kształcie i składzie w ogromnym stopniu zdecydował właśnie papież. Najwyraźniej wolał Kościół masowy i ludowy od Tygodnikopowszechnego.
Jako się rzekło, są powody, by papieża krytykować, ale nie można tego robić uczciwie, nie wspominając także bezdyskusyjnie pozytywnych stron jego pontyfikatu. Tu tylko kilka z nich.
1. Był papież realnym i słyszalnym adwokatem społecznej sprawiedliwości. Krytykował marksizm, ale stanowczo krytykował też bezduszny kapitalizm, w którym zysk jest ważniejszy niż człowiek.
2. Był papież wielkim adwokatem i orędownikiem pokoju. Nie zawsze jego argumenty zwyciężały, vide Afganistan i Irak, ale jego przesłanie było konsekwentne i konsekwentnie głoszone.
3. Był papież autentycznym zwolennikiem dialogu ekumenicznego. To nie była z jego strony polityka. Naprawdę kochał naszych braci Żydów, protestantów i prawosławnych.
4. Był papież prawdziwym obrońcą ludzkiej godności. Godności wykorzystywanych, bitych i poniewieranych. Ale także godności dyktatorów, których rządy na pewno napełniały go bólem. Człowieka widział w inwalidzie, w niewierzącym, w prostytutce, w każdym.
5. Papież, i przecież była to rewolucja, był przywódcą duchowym, który nie ograniczał się do udzielania audiencji i wskazówek, ale swoje przesłanie realnie zaniósł całemu światu. Tak, kochał te tłumy, przecież nie z próżności, kochał kontakt z ludźmi po prostu.
6. Był papież pogromcą komunizmu, na świecie i w Polsce. Działał ostrożnie, ale stanowczo, dał siłę swemu ludowi w Polsce, a potem już ruszyła lawina. Dodawał nam otuchy, gdy - jak pisał Miłosz - byliśmy na dnie rozpaczy.
7. Ostatnie lata życia papieża nie były jakąś teatralizacją umierania, jak teraz piszą niektórzy. Były piękną lekcją nauczania o godności człowieka, godności starzenia się, o sensie bólu i cierpienia, lekcją bolesnego, ale głębokiego sensu godności umierania.
Siedem punktów, a mogłoby tu ich być siedemdziesiąt.
Przyznaję, że kanonizacja nie jest dla mnie jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem. Moje uwielbienie i mój szacunek - tak, przy sporej dawce krytycyzmu - budził żywy, prawdziwy człowiek jakim był papież Wojtyła. Zmienił życie milionów ludzi, dodawał im, nam, sił i otuchy. To była dla mnie ta realna świętość kochającego ludzi dobrego człowieka, która nie potrzebuje postulatorów i dowodów jakichś cudów. Rozumiem, że kościelne procedury takich dowodów potrzebują, ale mnie to razi jakąś dosłownością w sytuacji, gdy najważniejsze w tym papieżu były, jak sądzę, jego siła duchowa, mądrość, mistycyzm i właśnie dobroć, tak jak u dobrego papieża Jana, czyli Jana XXIII.
Wielu drażni kicz naszego papieskiego kultu. Mnie czasem też. Ale, z całym szacunkiem, papieża Wojtyły nie umniejszą ani jego brzydkie pomniki, ani nachalnie powtarzane sceny kremówkowe, ani teksty Maureen Dowd, ani głupie złośliwości naszych postępowców, którzy zatłukliby za kpiny z gejów, ale nie mają problemu z szyderstwami o "wielkim cukierniku".
Dyskusja o papieżu, dobrych i słabych stronach jego pontyfikatu ma sens. Mówienie o nim krytycznie ma rację bytu. Pod warunkiem jednak, że jest to dyskusja poważna, a nie strzelanie z kałasznikowa szyderstw i kpin. I że padają w niej racjonalne argumenty, a nie ciosy poniżej pasa jakby to było ideologiczne mordobicie w remizie.