Wiele osób mnie pyta, jak skończyła się historia z Rafałem Ziemkiewiczem. Pewnie pamiętacie: on napisał felieton, ja odpowiedziałem stawiając tezę, że robi w trąbę podatników, on zagroził mi pozwem, ja zapytałem Was, co robić i mieliśmy w naTemat wielką dyskusję o KRUS. Otóż ta historia miała wczoraj bardzo ciekawy finał. Wydarzył się on w budynku Rzeczpospolitej na ulicy Prostej 51 w Warszawie.
REKLAMA
Miałem w tym budynku służbowe spotkanie. Gdy wychodziłem na nie z naTemat, żartowałem z dziennikarzami, że gdy spotkam kogoś znajomego z redakcji Rzepy, będę mówił, że przyjechałem prosić Rafała Ziemkiewicza o pisanie bloga u nas.
Jestem więc w hallu, czekam na spotkanie, a tu nagle zza rogu wychodzi Rafał Ziemkiewicz. Jesteśmy tak od siebie ze dwa metry, w pierwszych sekundach zaskoczeni nie wiemy co zrobić. I ja i on jesteśmy sami, a hall jest całkowicie pusty.
To spotkanie mogło zakończyć się wałęsowskim "Ja panu mogę nogę podać", odwróceniem się na pięcie, albo awanturą o słynne słowo na "d..." użyte przez nas w felietonach. Byłoby to typowo polskie i zupełnie nie byłbym zdziwiony, gdyby się to tak potoczyło. Znam dziennikarzy, którzy nie podają sobie rąk. Znam dziennikarzy, którzy nie podają rąk niektórym politykom. I znam polityków, którzy sami sobie nie podają rąk. Podziały są tak głębokie, że regułą jest wrogość, a nie umiejętność zachowania się.
KRUS "dymaniem" podatników? Wyjaśniam, co mam na myśli CZYTAJ WIĘCEJ
Pamiętacie pewnie artykuły o Jacku Rostowskim, gdy został nie tylko ministrem finansów, ale potem, gdy stał się ostrym politycznym graczem. W wielu tekstach podkreślano jeden problem, jaki politycy opozycji mają z Rostowskim. On z brytyjską lekcją demokracji, traktował sejmową mównicę jak scenę w teatrze. Najpierw wygłosił niebywale ostre przemówienie, atakując wprost liderów i pomysły opozycji. Następnie z tymi liderami i twórcami pomysłów był gotowy rozmawiać, albo nawet pójść na drinka. Nikt nie był w stanie tego zrozumieć. W polskim Sejmie, jak atakujesz mnie z mównicy, to nie jesteś partner do rozmowy, ale polityczny wróg. Ja akurat uważałem brytyjskie podejście Rostowskiego za pożyteczne. W Westminsterze brytyjscy politycy są wobec siebie niebywale ironiczni i przykrzy. Mimo to opozycja z rządem utrzymuje relacje umożliwiające współpracę. W Polsce między PiS a Platformą takich relacji nie ma. Mało jest też ironii w przemówieniach, bo jest to zazwyczaj okładanie się pałką ("zadzwoń do brata").
Po chwili w hallu Rzeczpospolitej minęło zaskoczenie ze spotkania. Ja powiedziałem "dzień dobry", Rafał Ziemkiewicz wyciągnął rękę, ja ją uścisnąłem. Zażartowałem, że przyjechałem zapytać, czy będzie prowadził bloga w naTemat. On odpowiedział dyplomatycznie: Przyjmijmy, że powodem mojej odmowy, jest podpisana umowa z Rzeczpospolitą. Ja się uśmiechnąłem, on spytał, czy widziałem osobę po którą zjechał. Ja powiedziałem, że niestety nie i spytałem, czy wie gdzie jest biuro, którego szukam. On niestety pierwszy raz o nim słyszał, ale polecił mi recepcję, w której mogłem o nie spytać. I się pożegnaliśmy. Utrzymywaliśmy formę: Panie redaktorze - Panie redaktorze.
Był to w sumie amerykański small talk. Bywa on czasem wyszydzany, jako pusty teatr i żadna rozmowa. Ja uważam, że w formę small talku ubraliśmy wczoraj z Rafałem Ziemkiewiczem umiejętność uprzejmej ze sobą rozmowy, utrzymania kontaktu, mimo karczemnej publicznej awantury, z groźbą pozwu włącznie. Rafał Ziemkiewicz bardzo w tym momencie w moich oczach zyskał.
Skądinąd, co powiedzieć o sytuacji, w której po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy jestem w Rzeczpospolitej i spotykam akurat Rafała Ziemkiewicza?

